MILLIONS – Failure Tactics (Seventh Rule Records)

Jeśli noise, to tylko Ameryka. Jeśli Ameryka, to oczywiście Mekka, czyli Chicago, gdzie każdy, prawowierny noise-maniak podąża raz w roku, by pokłonić się pomnikowi Steva Albiniego. Ok., trochę za daleko niesie mnie wyobraźnia, choć nie wątpię, że niepozorny okularnik kiedyś dorobi się monumentu za wymyślenie jednego z bardziej charakterystycznych brzmień w świecie hałaśliwego rocka. Millions w tej stawce nie są ani awangardą, ani nie trzymają się kurczowo tyłów (czytaj. korzeni). To po prostu noise grany tu i teraz, choć z zachowaniem kanonów.

The Jesus Lizard nowej płyty już pewnie nie nagra, Janitor Joe nie zmartwychwstanie, podobnie jak Rapeman. Jeśli zatem lubimy to pokraczne, zgrzytliwe granie, szukajmy nowych rzeczy. Takich jak Millions. Może nawet z odrobiną polskiej dumy, bo bas w tym zespole szarpie niejaki Mark Konwinski. Pewnie po polsku kląć już nie potrafi, ale nazwisko ma niekiepskie.

Druga płyta kwartetu cały czas eksploruje klasyczną niszę. I tak w „Shipwreck” usłyszymy echa Big Black a „Pervert” nakręca lizardowa gitara; w sumie, w każdym kawałku na płycie zaklęte zostały wspomnienia  wiadomej epoki. Nastawienie zespołu najlepiej recenzują, moim skromnym zdaniem, dwie pieśni. Pierwsza to „Slang for Upstanding Men”, gdzie grupa z niemal zegarmistrzowską precyzją odtwarza wszystko, co w noise rocku jest najlepszego – począwszy od głucho tłukącej sekcji po charakterystycznie skrzeczącą gitarę. Drugim numerem jest „Tunnel Rat” tyle, że akurat w tym przypadku chodzi raczej o coś na kształt odwagi – zespół zaszalał, spuszczając instrumenty ze smyczy, czego efektem jest bukiet dysonansów, zgrzytów, pisków i wrzasków. Taka kakofonia powoduje też, że drażnić zaczyna „stateczność” pozostałych numerów. A zupełnie nie rozumiem już, dlaczego ostatni na płycie „Darmok V” został rozciągnięty do 9 minut. Nie powiem, pojawia się w nim kilka fajnych tematów, ale gdyby skrócić go o blisko połowę, byłoby znacznie bardziej sensownie.

Millions stoją sobie spokojnie na stanowisku strażnika czystości gatunku, pozwalając się wyprzedzić współczesnym wizjonerom pokroju KEN mode, jednak, słuchając płyty, mam wrażenie, że dobrze się z tym czują. Ja też i choć nie jest to mój pretendent do płyty roku, od czasu do czasu mogę sobie „Failure Tactics” posłuchać. Z szacunku chociażby do obranej, trudnej przecież drogi życiowej. Chwała gwałcicielom słuchu!

Arek Lerch