MILION MUCH – Kolor Zła

Muchy. Całe chmary i stada. Oblepiają każdy skrawek ciała, żywią się chlebem, co spadł masłem do ziemi, okazyjnie nadgryzą też chowanego w szafie trupa. No, może nie jednego… W końcu, by wyżywić miliony much, jeden trup i jedna kromka mogłyby okazać się niewystarczające. Na szczęście, tego wiktu ci u nas dostatek.

Warstwa liryczna jest w świecie krakowskiego zespołu niezwykle istotna. Przecież, na dobrą sprawę, taką właśnie nazwę mogłaby przybrać grupa wesołych młodzieńców zrzynających z Happysad chociażby, i nikt za bardzo nie mógłby się do tego przyczepić. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z muchami rasowymi, swojsko odrażającymi. Nie da się w żaden sposób rozpatrywać twórczości MM bez odniesienia do tych bardzo specyficznych tekstów. Tekstów dobrze skrojonych, których sposób podania nie grozi wywołaniem uczucia zażenowania, jakie bardzo często towarzyszy obserwacjom zmagań licznych śmiałków z pięknym językiem ojczystym. Tekstów, które nie epatują może absurdalną makabrą, ale odnoszą się do małych i dużych szkaradności, jakie widzimy czy też czynimy sobie dzień w dzień, a także taplania się człowieka w całym tym przyziemnym brudzie. Nie ma w tym za grosz taniego patetyzmu, jest za to niezwykły realizm. W którymś momencie nasunęło mi się, może nieco na wyrost, porównanie z tym, co robią Nagrobki. Klimat generowany przez wspomniany duet umiejscowiłbym jednak bardziej w świecie magicznym. Nie stykam się bowiem na co dzień ze śmiercią. Na co dzień, jednakowoż, chleb upada mi masłem do ziemi. Na co dzień widuję przebrzydły ryj sąsiada, zdarza się też, że wejdę w gąszcz sięgających pasa, ostrych traw. Oczywiście, i na „Kolorze Zła” gdzieś w tle się nieboszczyk przewinie, znajduję to jednak naturalną konsekwencją wszystkich tych, nieważnych z pozoru, małych katastrof.M M

Tematyka tekstów Miliona Much jest tym ciekawsza, że sama muzyka nie jest szczególnie agresywna czy wkurwiona. Ot, zwyczajnie, rasowy rock’n’roll, bez zagłębiania się głębiej w szufladki. Organicznie, może nieco garażowo (w jak najbardziej pozytywnym sensie) brzmiący. Bardzo przypadła mi do gustu praca sekcji, a w szczególności rozpanoszony, przyjemnie pulsujący bas. Naturalność bijąca z tego albumu nie może zresztą dziwić, całość nagrywana była bowiem na „setkę”. Przeważają zwarte, rockowe formy, choć czasami (tytułowy oraz „Zgliszcza”) muzycy tworzą nieco bardziej złożone konstrukcje. Tu i tam wychwycić można groove kojarzący się z twórczością QOTSA, dominują jednak energiczne, czysto rock’n’rollowe riffy. Umiejscowienie swoich działań na tym poletku wiąże się z pewnymi ograniczeniami, nie dziwi zatem fakt, że jest to muzyka dość wysoce nieodkrywcza. Mimo tego, obcując z opisywanym albumem, ani przez chwilę nie zaznałem uczucia znudzenia. Nietypowe połączenie brudnych, dosadnych tekstów i gitarowej energii nie pozwala przejść wobec „Koloru Zła” obojętnie. Dodatkowo, a może przede wszystkim, są to po prostu dobrze napisane, czasem nawet przebojowe utwory; proste, ale pełne ciekawych rozwiązań. Bez wielkich, moralizatorskich ambicji, bez uzurpowania sobie prawa do oceny stanu świata przedstawionego, zespół snuje opowieść głęboko osadzoną w dobrze wszystkim znanych realiach. Opowieść brzydką i obskurną, ale pociągającą. Można się w tym błocie zanurzyć, można się ciut zamyślić. Można też, najzwyczajniej w świecie, cieszyć się porcją soczystego rock’n’rolla. Wysoce frapujący album.

Adam Gościniak

Cztery