MGASCAVENGER – Songs of Flesh (Part I) (Selfmadegod)

Syndrom ADHD stał się w polskiej szkole jednym z większych problemów, na który nie sposób nie zareagować nerwowo. O ile jednak rozwydrzone bachory zamiast do psychologa powinno posyłać się do poprawczaka, o tyle muzyków z taką przypadłością – hołubić i uwielbiać. Ok., przesadziłem, bo nie mam zamiaru wieszać sobie plakatu Rogera Johanssona na ścianie, choć szacun pozostaje – po raz kolejny szwedzki muzyk powraca do nas z nowym projektem. Wprawdzie opisywana płytka to tylko dwa numery, jednak w kontekście wieści o nagrywanym właśnie, dużym krążku, sprawa z Megascavenger robi się poważna…

 

Żeby wymienić wszystkie zespoły, w których grał Roger, nie starczyłoby miejsca. Ok. – postaram się:   Bloodgut, Bone Gnawer, The Grotesquery, Paganizer, Banished from Inferno, Revolting, The 11th Hour. Sporo tego było a doświadczenie, jakie Rogga zdobył w tych zespołach jest nie do przecenienia. Dlatego jeszcze zanim posłuchałem singla „Songs of Flesh” wiedziałem, co usłyszę. Ok., może nie do końca spodziewałem się aż tak monumentalnej formuły, jednak przywiązanie do metalu śmierci słychać tu w każdej sekundzie, nawet w ponurym intro, otwierającym „No Haven for the Sane”. Kiedy zaś po minucie rusza brutalny atak, wszystko jest jasne. Głuche, tępe, gitarowe riffy na tle prostej łupaniny perkusji (nie doszedłem jedynie, kto odpowiada za te partie?), charakterystyczne, cholernie surowe brzmienie – oto apoteoza wczesnej inkarnacji, szczerego do bólu, szwedzkiego death metalu. Dlaczego szczerego? Bo nie wierzę, że coś więcej niż czysta miłość  skłoniło Rogera do ponownego sięgnięcia w stronę ponurych annałów najsmutniejszej muzyki świata. Nikt nie wierzy, że w XXI wieku z tej stylistyki można coś wycisnąć, jednak słuchając wspomnianego kawałka na ucho rzuciła mi się stylowa prostota utworu; brak formalnych ozdobników dodaje muzyce autentyczności. Wszystko utrzymane jest w średnich i wolnych tempach, nisko przy ziemi, hucząc i pomrukując przewala się przez głowę. Kolejny kawałek, „Deathobsessed” to walec pracujący na średnich obrotach, bardzo stylowo zaśpiewany, mozolnie przebijający się do przodu.

Nie ma szans, by w tych 10 minutach uświadczyć choćby jednego błysku refleksji dotyczącej współczesnej muzyki. Rogga swój umysł trzyma w gdzieś w początkach lat 90 – tych, w kolebce metalu śmierci upatrując swojej nirwany. Zresztą, zestaw  gości zaproszonych do zabawy w nowym projekcie jeszcze bardziej to potwierdza; na ep – ce usłyszeć można wokalne rzygowiny Paula Speckmana (Master, Abomination) i Jorgena Standstroma (Entombed, Grave), ikon metalu, też kojarzących sie raczej z światem, który odszedł był do lamusa i jednocześnie został w sercach beznadziejnie zakochanych w oldschoolu szaleńców.

Ponoć trwają już prace nad debiutanckim krążkiem Megascavenger, pozostaje więc mieć nadzieję, że Rogga skompletuje mega – all – star – skład  i przejedzie się po naszych łbach niczym czołg. Bo czegóż innego możemy po nim oczekiwać?

Arek Lerch 4,5