METZ – Strange Peace (Sub Pop)

Pierwszy raz miałem do czynienia z METZ w 2013 roku podczas Off Festivalu. Pamiętam, że było gorąco, bardzo gorąco. I pamiętam mokrą koszulę Alexa Edkinsa, który – chyba nie zważając na temperaturę – krzyczał, szarpał się i skakał po scenie. Wtedy, w okularach i ze śmieszną grzywką, wydawał mi się tylko zwykłym studenciakiem grającym trochę noise rockowe, trochę punkowe piosenki adresowane do innych dzieciaków. Owszem, zdolnym do zarażenia ludzi energią i potrafiącym się bawić, ale przy tym jakoś nie do końca poważnym. Dopiero studyjne oblicze METZ, z „II”, a zwłaszcza „Strange Peace”, każe mi dość znacznie zrewidować swoje poglądy na temat Kanadyjczyków. Nawet jeśli jeszcze całkiem nie dorośli, to z każdym albumem ich młodzieńcza pasja do hałasowania ustępuje miejsca… całkiem dojrzałej pasji.

„Strange Peace” rozpoczyna się opartym na mocnej sekcji i hipnotycznym riffie „Mess of Wires”, którego ponura atmosfera może się nieco kojarzyć z brytyjskim (post)punkiem z przełomu lat 70. i 80. Bardzo mocnym punktem albumu jest także następny „Drained Lake”, z równie chwytliwym i charakterystycznym riffem. Niestety, dalej napięcie nieco siada, a „Strange Peace” zaczynam odbierać jako kolejną płytę, na której najlepsze utwory – jakby na zachętę – daje się na początku. Nie jest też tak, że METZ nagle przestaje mieć cokolwiek ciekawego do zaoferowania, niemniej zdarzają się wyraźne przestoje, takie jak choćby ślamazarny „Sink”. Z drugiej strony Kanadyjczycy potrafią przez większość czasu utrzymać wysoki poziom, nawet jeśli na albumie dominują głośne i bardziej przesterowane wariacje na temat The Stooges – zwłaszcza od „Cellophane” w dół. Mimo to daleki jestem od zarzucania chłopakom monotematyczności – w „Common Trash” uciekają się do odwołań do Killing Joke, „Dig A Hole”, poprzez swoją chwytliwą, popową melodię brzmi nieco jak Green Day, zaś wieńczący całość „Raw Materials” jest niby zwykłą, ale bardzo zgrabną indie rockową piosenką.METZ

Pomijając już to, skąd i w jakiej ilości METZ czerpią inspiracje, „Strange Peace” to po prostu solidny, noise’owy album. Brzmi świetnie – tak, jak zresztą zazwyczaj brzmią płyty produkowane przez Albiniego. Piosenkom nie brakuje melodii i chwytliwości, jednak dzięki nieustannemu przesterowi, zgrzytliwym riffom i prostej, silnej sekcji nie tracą one nawet na chwilę stricte noise’owego charakteru. Osobiście trochę żałuję, że nie pociągnięto tej płyty bardziej w stronę dwóch pierwszych utworów i muzycy porzucili ich ponury klimat, aczkolwiek posmak brudu i pisk w uszach utrzymują się niemal do końca. Co najważniejsze jednak, po wysłuchaniu „Strange Peace” znowu mam ochotę zobaczyć spoconego Edkinsa i skakać w upale do tych cholernie głośnych piosenek.

Michał Fryga

Cztery