METALLICA – Hardwired… To Self-Destruct (Blackened/Universal)

Czy pisanie o Metallice ma jakikolwiek sens? Nie tak dawno kolega Łukasz porównał nowe starania zespołu do zdesperowanej nastolatki co chce, ale się waha, pozwolę jednak nie nie zgodzić. Bo oni już decyzje podejmowali. Konkretne i wiele razy. Ryzykowali, osiągnęli szczyty ale i samo dno. Dlatego nową płytę kwartetu równocześnie łatwo i trudno opisywać. Łatwo – bo można skwitować ją śmieszkami, ponabijać się z prób powrotu (kolejnego…) do przeszłości i rozpaczliwych podrygiwań Larsa, który stara się nadążyć, ale mu nie wychodzi. Wydaje mi się, że problem tkwi w innym miejscu: w niezłomnym przekonaniu, że „jesteśmy najwięksi i co nam zrobicie”. Owszem, tabun psychiatrów wyperswadował im parę rzeczy, dlatego zapewne podczas tej sesji było chyba w miarę normalnie – ot, czterech starszych panów, co sobie grają. I tyle. W zasadzie nie widzę potrzeby dogłębnego analizowania ich muzyki, bo już dawno przestali się z kimkolwiek ścigać, od lat nie tworzą awangardy thrashu, setka zespołów gra lepiej od nich a cały muzyczny świat od czasów wielkiego sukcesu „…And Justice for All” przeszedł niewyobrażalną metamorfozę. Metallica chce po prostu znaleźć dla siebie miejsce w tym bigosie. Poprzednie dwa strzały były nieudane, „St. Anger”, mimo kontrowersji, był próbą unowocześnienia muzyki (o dziwo, dzisiaj tej płyty słucha mi się dużo lepiej niż przed laty…), ale „Death Magnetic” tak muzycznie jak produkcyjnie był nie do przejścia. Dlatego wyraźnie zluzowanie majtek w zespołowym ego na nowej płycie cieszy. Zamiast kombinować, grają swoje metalikowe riffy, nie bawią się w specjalne zawijasy, ot, kłaniają się staremu thrash’owi i heavy, Hetfield śpiewa w swoim stylu i krzesze wpadające w ucho riffy. Jeśli miałbym znaleźć dwa największe błędy tej produkcji, zwą się one: Ulrich oraz długość. W pierwszym przypadku nie ma co dyskutować, bo Lars – z całym szacunkiem dla jego wkładu w historię metalu – jest dzisiaj perkusyjnym emerytem, który powinien opowiadać w pubie o swojej chlubnej przeszłości i unikać kontaktu z bębnami (pomyśleć, że kiedyś, na poziomie „Master of Puppets” w jednym z periodyków określono sekcję Ulrich/Burton jako jedną z najbardziej innowacyjnych na metalowej scenie…). Z kolei w drugim przypadku ktoś rozsądny (czasami mam wrażenie, że wokół zespołu kręci się tylko banda pazernych klakierów) mógł pomóc im materiał przefiltrować, poskracać, powyrzucać te gorsze momenty i skompilować JEDNĄ płytę, która byłaby pierwszym od Czarnego Albumu, porządnym strzałem. A tak jest… różnie. Szacunek za staranie się, za parę dobrych riffów i wreszcie fajne, tłuste brzmienie. 

Grzegorz: Uszanowanko majster Lerch. W sieci wybuchła już stosowna gównoburza odnośnie jednego z największych, metalowych zespołów świata i ich najnowszego albumu. Mowa o Metallica i mam świadomość tego, że wieść o tym krążku kompletnie ci powiewa. Mało tego, dopóki nie ujawnili singli, mnie również.

Arek: Problem w tym, że należę do tej niechętnie tolerowanej grupy, która nie wychowała się na „Kill ‚Em All” czy „Master of Puppets”. To nie było moje olśnienie, nie była droga i życie. Raczej, obserwowany z pewnej perspektywy szum. Do metalu podszedłem z innej strony, z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami. Owszem, miałem kasety Metalliki, słuchałem, ale mam wrażenie, że polubiłem dużo później. Na pewno nie miałem naszywek z okładką „Master of Puppets”. Dlatego mogę sobie pozwolić na lekko kpiący ton – i tu uwaga! – wobec tych, którzy po „Czarnym Albumie” zaczęli umierać, dostawać ataków serca i rozdzierać szaty. To było nawet śmieszne.

Grzegorz: Z mojej strony zaś, wygląda to w ten sposób i tyczy się wielu zespołów z lat 80., że najbardziej podobają mi się pierwsze płyty. Metallica nie jest wyjątkiem i przez lata, kiedy moi rówieśnicy wznosili modły nad „geniuszem „Master of Puppets”, zafascynowany heavy metalem i punkową zadziornością, wolałem znacznie prostsze piosenki. Olśnienie nastąpiło później, ale już bez ekscytacji „ostatnim dobrym” albumem zespołu. Czasy „Load”/”Reload” to w ogóle nie moja bajka, i tak dochodzimy do „St. Anger” i okresu, kiedy byłem nastolatkiem. Wiele pomyj wylano na ten album, słusznie ganiono za pomylone brzmienie, ale nie jest to tak zły krążek jak mogło by się wydawać. „Death Magnetic” uważam za znacznie gorszy i dopiero teraz, osiem lat po premierze tego klocka, goście dobijający do 60-tki grają te swoje thrashowo/heavy metalowe motywy z luzem jakiego wszyscy od nich oczekiwali.

Arek: Ja „Load” lubię, tak samo jak mogę posłuchać w samochodzie Simply Red. Po prostu… A z „St. Anger” wiąże się taka anegdotka – obserwacja. Pamiętam, że byłem na przesłuchaniu płyty. Tak, były kiedyś takie celebracje dla dziennikarzy. I podczas tego przesłuchania wszystkim się podobało, były zachwyty itp. Dopiero potem, w zaciszu domowego ogniska wszyscy jak jeden mąż zgnoili płytę. Jasne, że była dziwna, jasne, że brzmienie było ciosem poniżej pasa. Jasne, że w studiu było więcej psychologów niż realizatorów. Jeśli miałbym wybrać najgorszy album Metalliki, stawiam na „Death Magnetic”. Strasznie słaba płyta, strasznie słabe numery i brzmienie. Tu pasuje słowo „wymęczony” i być może dlatego, że nie mam żadnych oczekiwań, nie byłem psychofanem wielkiej czwórki, najnowszą płytę traktuję jako przyjemną rozrywkę, tym bardziej, że – o dziwo – udało im się zrobić parę fajnych piosenek. Kawałek dobrego rocka. Gdyby jeszcze ktoś im podpowiedział, że piosenka najlepiej żre, jak ma max trzy minuty… ech…13962551_10153708149160264_4159459093483101961_n

Grzegorz: Ale tu najlepsza trwa sześć i pół i wali klasycznym heavy na kilometr.

Arek: Jest heavy, jest trasz i rock. Można powiedzieć, że chcieli zrobić płytę, która pogodzi fanów traszu i tych co może polubili okres „Load”. Są tacy?

Grzegorz: Chyba tak. Bo jest tu miks naprawdę różnych brzmień, ale żadne nie wiedzie prymu. Chyba stąd ten podział na dwa krążki.

Arek: Moim zdaniem, można z tych dwóch wybrać zestaw, który stworzyłby dobrą płytę. A tak momentami męczy, ale i tak jest lepsza od poprzedniczki a przede wszystkim – co już nadmieniliśmy – tym razem czuć luz, nie ma spiny. Może wreszcie mają kogoś kto im doradza, dzięki temu zrezygnowali z ekshibicjonistycznej maniery opisywania każdego pierdnięcia w studiu, po prostu nagrali i wydali. Nie wiem, czy dużo ich to kosztowało, ale chyba się opłaciło. Chyba, bo powrotu na szczyt nie będzie. Z drugiej strony, ostatni krążek Slayer nie podszedł mi jeszcze bardziej…

Grzegorz: Z tym Slayerem to mnie zaskoczyłeś, bo był dość przyzwoity. Przed naszą rozmowę pytałeś mnie co z brzmieniem nowej Mety, no i ja się powtórzę: nie jest źle, można rzec, że wszystko gro i buczy, ale kiedy ma się w kapeli Trujillo na basie powinno być gęściej…

Arek: Nie no, z tym nie mam problemu. Po co Tru miałby grac gęściej? Do czego? Do stukania Ulricha? Dajmy spokój technice. Ta płyta to po prostu popis zespołowego grania, razem, równo i prosto. A w tych paru momentach, kiedy perkusja gęstnieje („Spit out the Bone” ) poważnie zastanawiam się, czy nie podrasowano gry Larsa jakimiś studyjnymi sztuczkami. Solówki Hammeta też nie błyszczą, choć, co mnie rozśmieszyło, tu i ówdzie chwalą go za inwencję. Problem z tą płytą polega na tym, że cały czas bazujemy na kontraście „chwalebna przeszłość – brak inwencji w teraźniejszości”. Metallica stworzyła kanon, zapisała się w historii jako wielki metalowy obelisk – to jest szczęście i kłopot jednocześnie. Bo wyobraź sobie, gdyby taki Motörhead (do którego tu i ówdzie Metallica na nowej płycie puszcza oczko…) po nagraniu klasyków nagle zaczął poszukiwać, grać nu metal, flirtować z melodyjnym rockiem czy indie. Przecież to byłby blamaż na całego i śmiech wśród metalowców stąd po Antarktydę. Każdy – co podkreślam – wyłożyłby się na takich eksperymentach. Gdyby Metallica po dziś dzień nagrywała wariacje zawierające się gdzieś między „Master of Puppets” a „…And Justice for All”, ktoś pomarudziłby najwyżej: „ok, nuda, ciągle to samo, relikt„, ale byłby szacunek wśród fanów. Starsi panowie pogubili się, świadomie, bądź nie, szukali i nie znaleźli. Dzisiejszy powrót – nawet jeśli nie idealny – do konkretnego mimo wszystko łojenia, jest częściowo zjadliwy, szczególnie jeśli zapomni się z kim mamy do czynienia. Piekło kontekstu zawsze jest ciężkie do zniesienia…

Grzegorz: Ale o technice warto mówić, skoro Hammet powiedział ostatnio, że jest w stanie zagrać wszystko. Pieprzenie pokroju Portnoya, od którego są lepsi a jakoś się tym nie chwalą. Sam „mistrz solówek” wielokrotnie wychwalał choćby panów z Meshuggah czy Crisa Storeya z All Shall Perish i bynajmniej nie dlatego, żeby pokazać światu, że czuje „trendy”, a zwyczajnie im zazdrości. Młodzież już dawno bije na głowę „gigantów” i aż wstyd to przyznać, ale solówki na tej płycie są zbędne, wymuszone i kompletnie nie robią wrażenia. I tu ten temat chcę zamknąć. Za to co do jakości samego materiału, odniesień do hard rocka, heavy czy tego jak to nazwałeś w jednej z naszych rozmów takiego zdziadziałego thrashowania, to pełna zgoda – w tej materii „Hardwired…” jest naprawdę zjadliwe, a miejscami przebojowe…

Arek: Jest zjadliwe, wyrzuciłbym jedynie ten hymn pochwalny dla Iron Maiden, tego nie chwytam. Metallica stanęła na nogi, Hetfield jest w formie. Ulrich… Głupio tak się czepiać, ale w ogólnym rozrachunku to jednak on zostaje tu chłopcem do bicia. Jest w tym jakiś paradoks – może pozwolić sobie na to, by zmieniać zestawy perkusyjne raz w tygodniu, może mieć wszystko czego zapragnie w kwestii sprzętowej, tylko brakuje jednego – ćwiczenia i to intensywnego. Im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej uwiera mnie jego gra. W dodatku producent pokusił się o wyeksponowanie stopy, przez co słychać jak nieudolnie próbuje te „rowerki” jechać, no i boli kompletny brak inwencji. Rozumiem, że podkład w takiej muzyce musi być podporządkowany kompozycji, ale nawet na „Czarnym Albumie” potrafił coś z siebie wykrzesać. Tu – im dłużej słucha się tej płyty – jest perkusyjna bieda. Gdyby jeszcze zrobić potężne, nieco przybrudzone brzmienie garów, mogłoby nabrać to mocy, a tak… Owszem, pasuje formalnie, ale kiedy po raz dziesiąty słyszę dokładnie takie same przeloty po kotłach, kiedy gdzieś ginie równy puls hi-hatu, wiem, że kolega Ulrich po prostu nie ma czasu i siły woli, żeby siąść na dupie szlifować formę. Ale to jedynie mankament, który pokazuje też inną rzecz – panowie trzymają się razem, choć pewnie znają swoje słabości, bo nie wierzę w to, że w swojej megalomanii uważają takiego Ulricha za mistrza perkusji. I to będzie moja jedyna personalna wycieczka w tej dyskusji. Całość trzyma się kupy i choć Metallica już zawsze będzie takim ulubionym tematem żartów wśród tzw. prawdziwych metaluchów, trzeba przyznać, że jakoś dali radę; raz na rok, w samochodzie, można sobie zapuścić jeden z dwóch krążków. Na zmianę.Hardwired...To Self-Destruct

Grzegorz: Na koniec rozmowy – który numer to hit a który kit?

Arek: Codziennie jest inaczej. Co nie znaczy, że codziennie słucham Metalliki, jeszcze ktoś pomyśli, że znowu do metalu wracam (śmiech). Wywalam zdecydowanie „Atlas, Rise!” bo heavy metalu nigdy nie trawiłem. A z tych co mi się podobają… Dzisiaj stawiam na wagę ciężką – „Dream No More”. Niby coś pod „Czarny Album”, ale jakoś inaczej, inna melodyka riffów. Może być… Ogólnie wolę te wolniejsze rzeczy, bo tam wspomniany pan fizyczny nie ma szans żeby się wysypać (śmiech). Ale miało już nie być wycieczek…

Grzegorz: Ja uważam, że Meta, przynajmniej teraz, najlepiej wypada w tych młodzieńczych, szybkich strzałach. Przecież kiedyś inspirowali się między innymi Diamond Head, więc nie dziw mi się, że podoba mi się heavy metalowe zacięcie, te patataje i niezbyt kreatywna gra (w zasadzie wszystkich) muzyków. Lubię lekką przaśność a tej tutaj nie brakuje.

Arek: Tu się nie zgodzę – w tych szybszych momentach – być może przywołujących wspomnienia czy pobudzających krążenie – wypadają nienaturalnie a kolega Lars, niestety, najbardziej obnaża swoją niemoc. Może dlatego równiej to wszystko brzmi w wolniejszych odcinkach. Jednak ta technika ma tu znaczenie…

Grzegorz: Czyli jak zwykle, pod wieloma względami się zgadamy, ale po raz kolejny wychodzi na to, że szukamy czego innego w muzyce. W przypadku Metallica wolę szybkość, polot i może zbyt śmiałe puszczanie oka do fanów heavy aniżeli zerkanie w stronę „Czarnego Albumu”. Mimo to, „Hardwired…” to naprawdę przyzwoity materiał pełen brzmień z pogranicza wielu gatunków co w przyszłości być może zostanie uznane za jego największą zaletę.

Arek: Przyszłość plus Metallica oznacza jedno: za dziesięć lat znowu się spotkamy, jak będziemy już starzy (ok, ja już jestem…) i będziemy dyskutować, czy panowie z Metalliki, podpięci do respiratorów dają radę czy nie… A na razie…

Narzekali Grzegorz Pindor i Arek Lerch