MESHUGGAH – Koloss (Nuclear Blast)

Statystycznie rzecz ujmując, mamy do czynienia z siódmą płytą Meshuggah. Jak na dwie dekady hałasu to niedużo, jednak liczy się przecież jakość. No i w tym miejscu należy się zastanowić, czy spotykamy się z „najbardziej inspirującym zespołem świata”, czy też może z lekko kostniejącą ikoną? Wiem, brzmi groźnie, ale najnowsze dzieło jeszcze bardziej podkreśla znak zapytania, który począwszy od 2002 roku uwiera mnie coraz bardziej.

Przy okazji każdej kolejnej, wydajnej po 98 roku płyty muzyków z  Umeå zadaję sobie to samo pytanie – czy najlepszy w dorobku Szwedów krążek „Chaosphere” był efektem konfrontacji z wydanym rok wcześniej finałowym dziełem Kobong „Chmury Nie Było”? Potraktujmy pytanie jako retoryczne, jednak dzięki niemu określiłem już w przybliżeniu mój stosunek do zespołu. Nie będę walczył z faktem, że Meshuggah zrewolucjonizował metal, pokazując nowe ścieżki, że ponad ¾ metalowych, tzw. technicznych grup korzysta z pomysłów Tomasa Haake a każdy perkusista po przeczytaniu poniższych słów uzna mnie za idiotę.

Każda płyta grupy ląduje na mojej półce, jednak od kilku lat mam nieodparte wrażenie, że zespół  tkwi w złotej klatce, z której za cholerę nie potrafi się wydostać. Trudno bowiem „Nothing” czy „obZen” uznać za dzieła przełamujące kolejne granice. Wprawdzie na „Cath Thirtythree” zespół postanowił zmierzyć się z formułą koncept albumu, jednak w kwestii czysto muzycznej stanął w miejscu. W miejscu, które i tak oddalone jest od reszty metalowego, pobrzękującego peletonu, jednak dystans ten skraca się niebezpiecznie.v_pp_meshuggah_010

Nowa płyta potwierdza ten stan. Meshuggah proponuje po raz kolejny, miażdżący kawał metalowych riffów, nagranych w takim strojeniu, że mało które słuchawki wytrzymują częstotliwości, jednak w kwestii kompozycji i aranżacji nie mamy tu niczego nowego. Tomas mami nas granymi w nieludzkich podziałach rytmami, nie wychodząc jednak poza przyjęty schemat, znany z poprzednich krążków. Miejscami muzyka jest tradycyjnie pogięta („I Am Colossus”, „Demiurge”), miejscami dziwnie prosta („The Demon’s Name Is Surveillance”) zawsze oparta na transowych, zapętlonych strukturach. Bez większych zaskoczeń. Owszem, trafiają się tu odstępstwa od normy, jak chociażby „The Hurt That Finds You Firts”, oparty o zaskakująco szybkie tempa czy świetnie bujający „Marrow”, jednak te fragmenty jeszcze dobitniej świadczą o tym, że Meshuggah na gwałt potrzebuje jakiegoś nowego otwarcia. Wraz z wyciszonymi, akustycznymi dźwiękami zamykającego płytę „The Last Vigil” wracają pytania o dalsze losy zespołu.

To kolejna w moim, coraz większym zestawie płyta, której z przyjemnością słucham, ale obiektywnie nie jestem w stanie wystawić jej wysokiej noty. W związku z takim, graniczącym ze schizofrenią dylematem, postanawiam od oceny się zdystansować. Meshuggah znaczy ponoć „szaleństwo”. Czy nie czas na zmianę nazwy?

Arek Lerch