MERCHANDISE – After The End (4AD/Sonic)

Podobno Amerykańcy Merchandise wywodzą się ze sceny punkowej i takowe dźwięki nadal w swojej twórczości przemycają. Jeśli tak, to gratuluję atomowej ewolucji, równocześnie szukając owych pozostałości po scenie „no future”. Nie wiem, czy kogoś to obchodzi, ale nie znalazłem tu ani jednego dźwięku, mogącego ową przeszłość sugerować. Podobnie jak florydzka Tampa, z której pochodzą, niczego w tym przypadku nie oznacza, bo thrashu tym bardziej tu nie uświadczymy. Jest za to całe mnóstwo urokliwego, mniej lub bardziej melodyjnego, bliskiego mainstream’owi, rockowego smucenia.

Nazwa zespołu mnie zmyliła. W pierwszym momencie myślałem, że chodzi o jakichś pogrobowców Fugazi i spodziewałem się zgrzytliwych dźwięków. Jakież było moje zdumienie, kiedy usłyszałem leniwe, akustyczne gitary, melodyjne wokale i nieco oniryczną atmosferę. Chociaż trudno nazwać Merchandise rockowymi melancholikami; skoro jednak przy kwestii etykietek jesteśmy – słyszę w muzyce Amerykanów mnóstwo nawiązań do twórczości REM, a jako że ekipa Michaela Stipe’a zawsze była określana mianem dzisiaj już nieco zakurzonego „rocka koleżowego”, takiegoż zwrotu użyjemy w stosunku do Merchandise. Dodałbym jedynie przedrostek „neo”, ale boję się, że zostanę posądzony o nachalne tworzenie neo (sic!) logizmów…Merchandise Band

Na swojej trzeciej płycie zespół z powodzeniem łapie równowagę, łącząc akustyczne, przestrzenne kompozycje z świetnymi melodiami. Jest w tej muzyce mnóstwo fajnego klimatu, czasami zadumy czy lekkiej psychodelii. Urzeka bezpretensjonalność tych dźwięków i postawy zespołu. Mając potencjalnie duże możliwości, skupia się raczej na wydobyciu atmosfery, ciepłych brzmień akustycznych gitar. Sekcja jest, ale dyskretnie podbija dynamikę, chowając się z tyłu. Czasami usłyszymy nieco żywszy drive, pojawi się kilka syntetycznych uderzeń, jednak całość ma absolutnie analogowy, naturalny charakter. Mając skłonności do bombastycznych refrenów, zespół celowo łagodzi ich wydźwięk, tonując melodykę. Praktycznie każdy kawałek zapada w pamięć, ale trudno znaleźć utwór, który w jakiś sposób odstaje od reszty. Być może znaczenie ma fakt, że nad płytą razem z muzykami pracował producent Gareth Jones, odpowiedzialny za takie petardy jak „Some Great Reward” czy „Black Celebration” Depeche Mode? Te miękkie brzmienia i specyficzny klimat nagrań powodują, że zaczynam się nad tym zastanawiać. Najlepszy moment płyty – trzy pierwsze kawałki – „Corridor”, „Enemy” i „True Monument”. Mistrzostwo nastrojowego smęciarstwa z indie rockowym rodowodem. Przyjemna płyta na jesienne popołudnie.

Arek Lerch

Cztery