MERAINE – Meraine (Collapse Records)

Chyba nie jest nadzwyczajnym stwierdzenie, że metalowcy chłoną trendy jak gąbka. Od zarania dziejów czerpią ze znanych i lubianych wzorców. Kiedy w latach 80. thrash metal święcił największe sukcesy, naśladowcy Metalliki i Slayer wyrastali jak grzyby po deszczu. Gdy Napalm Death opatentowali przepis na grindcore, znalazło się multum kopistów brytyjskiego wynalazku. Nie muszę chyba wspominać, jakie konsekwencje pociągnął za sobą tzw. hype na drugi album grupy Emperor albo debiutancki krążek Death. Piewców poszczególnych odmian metalu zawsze było i będzie dużo. W dzisiejszych czasach łatwo dostrzec modę na stoner metal z jednej strony i post-black z drugiej, aczkolwiek obydwie powoli gasną, niczym smuga pozostawiona na niebie. „Co następne?” – zapytają państwo. Ano, hardcore.

Niemcy z Meraine to książkowy przykład twierdzenia opisanego we wstępie. Panowie nie silą się na wymyślanie innowacji, czy wzniecanie gatunkowej rewolucji. Zwyczajnie bardzo pasuje im fakt, że metalowcy przypomnieli sobie, jak wiele zawdzięczają muzyce hardcore. Meraine też zawdzięczają, bowiem gdyby nie ten trend, najprawdopodobniej nie pisałbym tego tekstu, bo jak można pisać o nieistniejącej kapeli… Ci muzycy nie tylko bezczelnie rezygnują z idei kreowania własnego stylu, ale w dodatku „swoją” twórczość opierają na cudzych patentach. Wszystkie elementy zawarte na „Meraine” słyszeliśmy już wcześniej; jest więc obowiązkowy gniew, który cechuje hardcore punka, są post-black metalowe loty poza orbitę, w oddali bucha rozwścieczony grindcore, a wszystko spina nowoczesne brzmienie. Może surowe, aczkolwiek staranne i dopracowane. Zastanawiam się tylko, czy ten wspomniany wcześniej gniew to efekt wykalkulowanych działań, czy też może oddanie się sile emocji. Dumam nad tym zagadnieniem, ponieważ Meraine są przyzwoitymi muzykami, ale brakuje mi u nich tej szczerości, która cechuje chociażby reprezentantów nowej fali thrash metalu. Fakt, warsztatowo większość z nich nie dorasta do pięt naszym zachodnim sąsiadom. Jedynie ubolewam nad faktem, iż w tych rozwodnionych wariacjach nt. Wielkiej Czwórki Thrashu czuć więcej pasji i zaangażowania, niż u Meraine. Co z tego, że niemiecki skład uformowany jest z biegłych technicznie muzyków, skoro nic nie idzie za ich zdolnościami? Dlaczego mam odczuwać radość z poprawnej mikstury różnych patentów, jeśli poza bezdusznym wtłoczeniem ich w muzykę, nie przykuwają uwagi niczym szczególnym? Meraine są profesjonalistami w swoim fachu, ale to nie wystarczy, by uwieść słuchacza. Potrzeba też emocji i lepiej by szły one w parze nawet z nieporadnymi dźwiękami, niźli perfekcjonizmu przesłoniętego bezpłciowymi podstawami. Właśnie z powodu bezmyślnego podążania za tym, co „modne” i „fajne” po kilku odsłuchach „Meraine” zapomniałem, że miałem styczność  tym krążkiem.meraine

Wprawdzie z dużym dystansem traktuję współczesne rewelacje na metalowym gruncie, to brawurowa mieszanka gniewnego hardcore i metalu prosto z trzewi pochłonęła mnie bez reszty. Zresztą, już w tym roku w gatunkowym mariażu swoje zrobili podopieczni Roadrunner Records, Code Orange. Debiut Meraine uznaję za zwykłą, stylistyczną pomyłkę i niechlubny wyjątek potwierdzający regułę, że co jak co, ale akurat ten trend broni się w 100%.

Łukasz Brzozowski 

Dwa