MENTOR – Graves, Guts & Blasphemy (Arachnophobia Records)

2016. Piękny rok dla black/thrash metalowych formacji, nieprawdaż? Absolutnie zmiatający pod ziemię „Wildfire” australijskiego Niszczyciela trzy szóstki. Brudny, siarczysty i surowy „The Oath of an Iron Ritual” Desaster, a w dodatku wysokooktanowe The Hammer Doctrine polskich załogantów cechujących się przede wszystkim pogardą i nienawiścią do wszelkich istot żywych – czyli Ragehammer. W tyle nie pozostały tegoroczne wymioty poznańskiego Bloodthirst, a wraz z nim cenionego Witchmaster. Aż tu nagle, zupełnie znikąd, wyskakują panowie, co to każą na siebie Mentor wołać. Jaki Mentor? Czyj? Trudnej młodzieży? Hipsterów? Podstarzałych metaluchów z impotencją? Tego do końca nie wiemy, lecz pewne jest jedno – chłopaki nie zawiedli, a poetycko zatytułowane, 32-minutowe soniczne zniszczenie, zaklęte w dziewięciu chwytliwych numerach, wymierza brutalne ciosy, nokautuje, a na sam koniec pogardliwie spogląda na sponiewieranego słuchacza.

Dobra. Zapędzam się. Kto to widział, by nadawać cechy ludzkie takiemu kawałkowi muzyki, nieco ponad półgodzinnemu. Pół godziny, czaicie? Tyle czasu statystyczny gimnazjalista spędza przed książkami w ciągu roku szkolnego. Ale wracając – Mentor łoi sobie przebojowy black/thrash metal. Taki rock’n’roll dla kuców. Trochę czerni, trochę szybkostrzelnych riffów, dużo punka (za to ogromny plus), a że Wojtek Kałuża zdziera swoje struny głosowe głównie w J.D. Overdrive, to i dla odrobiny gniotącego stonera znalazło się miejsce. Mieszanka wybuchowa? Być może. Ci sympatyczni panowie operują paroma z pozoru prostymi składnikami z lekkością i finezją, których pozazdrościć mogłoby im wielu. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Dobra, może miłośnicy J.D. Overdrive nie do końca. Ale mam dobry komunikat: może stonera mało, ale za to JAKI! Sami spójrzcie. Chłopcy robią sobie sieczkę. Dużo d-beatu, thrashowe przyspieszenia i motoryka, rockowy feeling, aż w końcu sielską atmosferę tańcowania na cmentarzu z okładki kruszy piorunujące zwolnienie. Machina precyzyjnie wymierza mordercze, dokładne i gęste strzały w ryj. No, stoner pełną gębą. A to, że stanowi jedynie soczysty dodatek do nieco bardziej ekstremalnej rozrywki? Cóż, nie dogodzisz nikomu. Bardzo ładne brzmienie wypracowali ci panowie. Jest naturalnie, surowo, niechlujnie, dzicz sączy się hektolitrami, ale i czytelnie. Wszystko dokładnie wychwycicie, Drodzy Czytelnicy, wszystko. Każde dotknięcie struny, perkusyjne przejście, wokalne ekwilibrystyki i basowe pochody. Właśnie. Wokale. W życiu bym nie pomyślał, że Wojtek ma takie szerokie spektrum głosu. Skrzeki, ryki, growle, chrypka. Czysty „rokęrol”. Muzyka zrobiona z myślą o diable, ale nie tym złym i nikczemnym. Chodzi o jego dobrego kumpla. Starego jajcarza i wesołka niestroniącego od napojów wyskokowych. A biorąc pod uwagę fakt, że Mentor dał sztukę w Sosnowcu, można wnieść, iż oni tego lucyfera szybko spotkają. Oj szybko.mentor

Krótsza ta recenzja niż zwykle, racja. Ale o czym tutaj więcej pisać? Jest metal, jest piekło, brud i smród. Wszyscy zadowoleni. W dobie fantastycznie zabawnego ugrzeczniania i ugłaskiwania ekstremalnych odmian metalu, najlepiej włączyć sobie Mentor. Usiąść, uważnie chłonąć dźwięki i tupać nóżką z cwaniackim uśmieszkiem na twarzy. Tak robię ja. Istnie cudowne.

Łukasz Brzozowski

Pięć i pół