MEMPHIS MAY FIRE – Unconditional (Rise Records)

Tytuł czwartego albumu Memphis May Fire pewnie ma nakreślić słuchaczom bezwarunkową miłość do zespołu. Pozwolę sobie napisać: „chuja tam” i mieć ten album kompletnie gdzieś. Metalcore jako nurt w muzyce pozwala niezwykle łatwo oddzielić ziarno od plew, ale niestety, na moje i wasze nieszczęście, tam gdzie Rise Records czy sklep Hot Topic, tam nieurodzaj wygrywa. Gdyby muzycy Memphis May Fire byli moimi znajomymi, tylko przez wzgląd na dawną znajomość (album „The Hollow”) podniósłbym ocenę „Unconditional” o jedno oczko. A tak, jako, że z homofobem i chrześcijaninem stojącym za mikrofonem w grupie z Dallas mi nie po drodze, mogę śmiało wypieprzyć ten krążek nie tylko z dysku, ale również z pamięci w mózgu. Rise Records – pytam – dlaczego wszystkie z fajniejszych zespołów w waszym katalogu muszą ulec presji wywieranej przez wasz dział biznesowy? Nie wierzę, że kapele same decydują się na komponowanie na maxa wtórnego gówna. Wyjątki są – albo były – jak Bouncing Souls, Make Do And Mend czy Polar Bear Club, 7 Seconds, ale to bardziej punk/hc niż „to co zwykle wydaje Rise” i obawiam się, że w niedalekiej przyszłości nawet Ci bardziej niezależni artystycznie wykonawcy przegrają walkę o wolność.

Wróćmy do samego Memphis May Fire. Cóż, w zagranicznych mediach, ktoś ukuł całkiem dobry termin „5 generacja metalcore’a”, do którego zalicza MMF. Nie ująłbym tego lepiej, zwłaszcza, że niedawno sam zrobiłem sobie rachunek sumienia i sprawdziłem co i kiedy w tym nurcie mi się podobało i, faktycznie, coś w tym jest. MMF są piątą wodą po Killswitch Engage i melodyjnych kapelach ze Skandynawii. Grają dokładnie to, czego chcą nastoletni fani „ciężkiego metalu” i nie zdziwiłbym się, gdyby w niedalekiej przyszłości nie poszli za ciosem i niczym Issues – koledzy z labelu, zaczęli grać nu-metal. O tym, że jeden z najbardziej kontrowersyjnych odłamów heavy metalu wraca do łask, jeszcze będę miał okazję Was przekonać, a na razie mocno odradzam kontakt z tym badziewiem. Rudzielec Mullins, jakby nie było, świetny wokalista i jeden z najciekawszych głosów w całym gatunku, tym razem rozczarowuje, a towarzyszący mu muzycy, żeby znowu nie przeklinać, męczą bułę i kopiują sami siebie – w dodatku przezajebiście nieudolnie. Kto to widział, żeby cytować samego siebie, już nie mówiąc o powtarzaniu breakdownów ze swoich pierwszych płyt. Doskonale wiem, że „to wszystko już było”, ale skoro innym się udaje, jak np. również chrześcijanom z Demon Hunter, którzy puszczają oczko w stronę Soilwork, to dlaczego nie może MMF?MMF band

Na to pytanie nie ma odpowiedzi i nie będzie. Minęły trzy lata od premiery „The Hollow”, a Memphis May Fire stoją w miejscu. Grają dokładnie to samo, a jednak gorzej, bez polotu i pomysłu, nie mówiąc już o zmianach w brzmieniu. Nie twierdzę, że mają od czapy pokochać 7 albo 8 strunowe gitary i nagle grać djent, ale w kwintecie z Texasu jest potencjał, który nie wiedzieć czemu, na chwilę obecną został kompletnie zaprzepaszczony. Nie mam już 15 lat, więc śmiało wystawiam im dwóję.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa