MELVINS – Tres Cabrones (Ipecac)

Ukazanie się „Tres Cabrones” nie jest jakimś spektakularnym wydarzeniem, które wstrząśnie sceną i zrewiduje końcoworoczne podsumowania opiniotwórczych i poczytnych portali takich jak Violence Online (przednia krotochwila, baronie). Melvins przyzwyczaił swoje wąskie, ale oddane grono fanów do regularnego wydawania kolejnych, przeważnie lepszych niż gorszych płyt, a nowa nie jest wyjątkiem od tej chwalebnej reguły. Niech zatem ta recenzja będzie próbą wykoncypowania recepty na długowieczny żywot kapeli, która stając się klasykiem nie trafiła do muzeum ani na pchli targ staroci.

„Tres Cabrones” dokumentuje trzecie „wcielenie” Melvins, na szczęście bez wydumanych zabaw w projekty poboczne. W skrócie wygląda to tak, że Dale Crover chwycił bas, za perkusją siadł prehistoryczny pałker zespołu, Mike Dillard, i w takiej konfiguracji Melvins nagrał (prawie całkiem) nowy materiał, jakieś kowery i wydał ku uciesze tych, którym nie dość było świetnego „Everybody Loves Sausage”. Jakimś cudem słucha się tego wszystkiego świetnie, choć doświadczenie podpowiada, że zespół z trzydziestoletnim stażem powinien być autoparodią lub co najwyżej przyzwoitą, pocieszną ramotą.

Na internetach wisi pięć złotych rad Dale’a Crovera jak utrzymać zespół przy życiu przez tak długi czas. Warto sobie te oczywistości przyswoić niezależnie od tego, czy na próby jeździ się Hummerem, czy SKM-ką (po szczegóły odsyłam do felietonów kolegi Spryszaka), ale żadna z nich nie sprawi, że dwudziesta-któraś płyta będzie choćby nadawała się do słuchania. Tymczasem „Tres Cabrones” wali radochą i energią, jakby Obamacare obejmowała codzienną dostawę świeżej pizzy i zgrzewki Budweisera. Melvins nie muszą „wracać do korzeni”, od których nigdy się nie odcięli ani szukać straconej młodości – zwykła kumpelska schadzka w sali prób starcza, żeby napisać parę świetnych numerów. Nawet głupie standardy typu „Tie My Pecker To A Tree” śmieszą mnie jak dowcip o Gregorze (kiedyś opowiem). Okazuje się, że można być klasykiem gatunku muzycznego, z którym tak naprawdę nie ma się nic wspólnego (vide lista najlepszych sludge’owych albumów zestawiona przez Terrorizer Magazine), można obijać się o sławę i nigdy nie zostać należycie docenionym przez historię, można nawet wyglądać jak menelowaty Robert Smith – i nic z tego nie sprawia, że pasja do muzyki przygasa z wiekiem.

Oczywiście nie jest tak, że „Tres Cabrones” to kopernikański przewrót na miarę „Bullhead” czy „Stoner Witch”. Rewolucje w muzyce robi się nieczęsto i raczej mimochodem. Melvins na tym etapie już byli, na ich klasycznych płytach słychać to, co dziś nazywa się drone/doom, sludge, grunge, ale zawsze (no, wyjąwszy może dziwaczny „Prick”) są to świetne utwory, świetne riffy i zappowski humor – wartości, których nie zastąpi biznesplan, znany kolega z zespołu ani sponsor z fabryki przetworów. Nie miałem jak dotąd okazji być na koncercie Melvins, ale nie wyobrażam sobie, żebym miał na takowym nudzić się w oczekiwaniu na jakiś wysłużony numer z „Houdini”.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół