MELISA – Dla Melizy (Music Is The Weapon)

Hałasu nigdy za wiele, jak powiedział mędrzec i w imię tej maksymy drążymy temat. Tym razem przedstawiamy warszawsko-poznański trójkąt, w którym kotłuje się od zgrzytów, pisków i pokopanej rytmiki. Słowem – dzieje się dobrze i głośno. Jest też Melisa kolejną kolaboracją, w której znajdujemy znajomych muzyków, co świadczy też o tym, że w młodym podziemiu buzuje aż miło.

O tym, że noise jest muzyką z wszech miar godną uwagi, pisałem już do znudzenia i pewnie każdy czytelnik Violence w tym momencie zalicza okrutny ziew – znoooowu… No cóż, taka prawda. Inna prawda głosi, że muzyka noise rockowa, po dekadzie niebytu, powróciła z mocą i to w wydaniu młodym, czyli zainteresowali się nią ci, co w latach 90-tych byli jedynie w planach. I chyba dlatego, podchodząc bez spiny do klasyków, a raczej z ciekawością i niejaką arogancją, wyciągnęli wnioski i przekuli na nowe pomysły. A pisząc krócej – stworzyli własną, autorską koncepcję noise, który, choć tu i ówdzie odwołuje się do klasyków amerykańskiej alternatywy, brzmi świeżo i przekonująco, a przede wszystkim współcześnie. Muzycy Melisy dołożyli do tego jeszcze akcent patriotyczny – mianowicie hałasują i drą się w narzeczu ojczystym, co dodaje muzyce zarówno wyrazistości i agresji, ale też pewnej głębi i niejako intelektualnego sznytu, bo teksty są, delikatnie rzecz ujmując, mądre i raczej mocno niepokojące.Melisa Live 2

Cecha charakterystyczna melisowej muzyki? Punkowa zwięzłość, enigmatyczność formy, młodzieńczy nerw i aranżacyjny, choć kontrolowany chaos. W dodatku spora dawka technicznego łamania, kierującego muzykę zespołu w stronę matematyki, łagodzonej przez nieprzewidywalność, zarówno w temacie już nagranych dźwięków, jak i ich interpretacji, o czym więcej w wywiadzie. Uderza w tym przede wszystkim duża świeżość: z formą chłopaki radzą sobie bardzo dobrze i bez kompleksów, mają przy tym coś, co nazwałbym „plastyką kompozycyjną”, która powoduje, że tworzone przez nich gitarowe łamańce w gruncie rzeczy są łatwo zapamiętywalne a dysonansowe rozjazdy miłe dla ucha. Oczywiście – miłe dla smakoszy, bo dla przeciętnego zjadacza muzyki będzie to „tylko hałas”. Paradoksalnie, zespół „rzucając się na instrumenta”, zachowuje mimo wszystko pokerowy dystans, dzięki czemu bardzo łatwo się w tym chaosie odnaleźć. Najlepsze momenty? „Podróż za jeden uśmiech” z świetną chmurą gitarowego zgiełku, hipnotyzujący „Gdzie giną gołębie” czy „Trotyl”, który na własny użytek nazywam noise’ową piosenką. Z drugiej strony, zespół działa tu i teraz, skąd na płycie pełno, drone’owego, atonalnego jazgotu: „Lufki” czy „Prochy” są tu najlepszym przykładem. Klasą samą w sobie jest „Sutra o całkowitym zgaśnięciu” kumulująca w sobie i pokręcony hałas, połamaną rytmikę (brawa dla perkusisty!) i szumo – zgrzyty. Gdzieś tam przebija się fascynacja tuzami Amphetamine Reptile Records, są gitarowe zabawy wczesnych SY, ale Melisie udaje się zręcznie umykać porównaniom. W dużej mierze dzięki wspomnianym, niepokojącym tekstom, które, gdzieś tam uwierają swoją lakoniczną dosłownością, drażniąc zapadającymi w łeb słownymi przepychankami.

Nie wiem, czy stoimy w obliczu małej, lokalnej rewolucyjki, ale faktycznie, coś tam podskórnie bulgocze. Być może jesteśmy świadkami tworzenia się – po raz kolejny – własnej, krajowej odpowiedzi na światowe, alternatywne trendy? Kto wie…

Arek Lerch

Zdjęcie: Joanna „frota” Kurkowska

Sześć