MELENCOLIA ESTATICA – Hel (Temple of Torturous)

Obracając w dłoniach ślicznego digipacka, w którego obleczono nowy album Melencolia Estatica myślałem, jak smutno mi będzie przejechać się po tak gustownie wydanym albumie. Niestety, Temple of Torturus zdecydowała się dołączyć do przesyłki zniechęcacza w postaci nieszczęsnej notki promocyjnej  (o czym za chwilę), do konsumpcji „Hel” podchodziłem więc  z dużą rezerwą, jak się okazało – nie do końca uzasadnioną. Być może kierownictwo tej szwedzkiej wytwórni, wzorem filmu „Hudsucker Proxy”, zainteresowane jest dorżnięciem własnego przedsięwzięcia i tym, aby nikt nie brał ich wydawnictw poważnie.

Zanim przysłuchamy się „Hel”, przyjrzyjmy się wyżej wspomnianej promocyjnej karteczce, która w kilku żołnierskich zdaniach rozpościera przed biednym recenzentem wizję samych cudowności. Melencolia Estatica gra „black metal/ambient” – wszyscy wiemy, jak blackmetalowcy rozumieją „ambient”. Jest to, wsparty przez sesyjnych muzyków, „projekt prawdopodobnie najambitniejszej kobiety w black metalu” – oj, oj. Kobieta owa pochodzi z Włoch, które w annałach Czarnej Sztuki złotymi zgłoskami się nie zapisały, ale za to ma pseudonim Climaxia, co nie wymaga jakiegoś szerszego komentarza. Climaxię zainspirował „Metropolis” Fritza Langa, i ten fakt jest akurat totalnie zajebisty, na płycie udziela się również piękny Mories z Gnaw Their Tongues, znowuż jednak Temple of Torturous woli podkreślić fakt, że na froncie digipacka jest złote, wypukłe logo.  Mistrz działań marketingowych, który sporządził tę ulotkę, w przypływie dobrego nastroju wkleił na niej również linka do promocyjnego video na YouTube – próbowałem przykładać kartkę do monitora i najechać na nią kursorem, niestety bez skutku, ale może pójdę do kolegi, który ma lepszy komputer i on coś wymyśli.

Niech oślepiający blask złotych liter nie przesłoni wam faktu, że Melencolia Estatica to nieoczekiwanie projekt tworzący całkiem zmyślną muzykę, która nie ustrzegła się mielizn, ale potencjał posiada niewątpliwie. „Hel” oscyluje w klimatach na przecięciu ostatnich nagrań Leviathan i środkowo-późnego Blut Aus Nord. Z dorobkiem Wresta kojarzą się przede wszystkim wyciągnięte na przód, transowe riffy, szybkie tempo przecinane monumentalnymi zwolnieniami, charakterystyczna gra na bębnach (podwójna stopa, dużo przejść) czy mocne, męsko brzmiące (hmmm…) wokale, jakże odległe od typowego gatunkowego gawrona. Patos i klimat całości przypomina z kolei dokonania zakapturzonych Francuzów, a wbrew temu, co sugerowałaby obecność Moriesa, tła nie wypełnia nibyorkiestrowe dudnienie. Panna Climaxia zdradza niestety pewne ciągoty do „postblackmetalowania”, co zwłaszcza końcową część albumu zamula mgiełką nudy, nie przekonuje mnie również kontrastowanie tu i ówdzie partii wokalnych damskim zawodzeniem. Są to jednak zaledwie ozdobniki, a zasadniczą część płyty wypełnia solidny black metal na współczesną nutę – kilka kroków za gatunkową ekstraklasą i chyba dwa kroki za własnym potencjałem, ale już teraz interesujący i całkiem pomysłowy.

Jak na trzeci album, „Hel” wciąż więcej obiecuje niż przynosi, ciekawie eksploatuje dość czytelne wzorce i niebezpiecznie ciąży w kierunku kiczu. Mam nadzieję, że jego następca będzie już bardziej „estatica” niż „melencolia”, a artystowskie zapędy ustąpią miejsca prostszym środkom wyrazu, z którymi Climaxia i koledzy radzą sobie nie najgorzej.

Bartosz Cieślak