MEGASCAVENGER – Descent of Yuggoth (Selfmadegod)

Prędzej skończy się ropa naftowa niż death metal. Do takiego wniosku doszedłem po lekturze debiutanckiego krążka Megascavenger. A w zasadzie projektu Rogera „Rogga” Johanssona. Muzyk ten dysponuje niezłomną wiarą w metal śmierci – nagrywał płyty z milionem zespołów i nadal, po latach eksplorowania tej działki, chce mu się tworzyć taką muzykę.  Megascavenger w tym obrazie zbyt wielkiej wyrwy nie uczyni…

Do nowego, niecnego występku Rogga zaprosił całe grono zacnych gości, że wymienię tylko Dana Swanö, Jörgena Sandströma czy Paula Speckmanna. Ich udział jest tu cokolwiek symboliczny, bo podstawą muzyczną nowego projektu naszego Szweda jest klasyczny do bólu, potężny death metal. Bez dodatków, bez aspiracji, no, może poza jedną – konkretnie dowalić! Rogga doskonale porusza się po meandrach gatunku, wyciągając z niego samą esencję. Prostota muzyki Megascavenger jest jej największym atutem. Zamiast udziwniać, Rogga wali po twarzy mocnym, ciężkim riffem i przejeżdża walcem stutonowych rytmów. Do tego dochodzą smaczki w postaci solówek i wokalnych popisów zaproszonych gości i mamy gotowy przepis na sukces. Nie sądzę, by ta płyta zainteresowała kogoś poza zagorzałymi fanami gatunku. Jeśli ktoś lubi te bardziej bujające groovy Six Feet Under czy nawet Grave, może spokojnie sięgnąć po „Descent…”. To potężna maszyna do zabijania, poruszająca się w średnich i wolnych tempach. Najlepiej robi się, kiedy zespół zapada w prawdziwe downbeaty – siła, moc i miarowe bujanie – to lubię. Z rzadka muzyka przyspiesza, tak jak w mocno szwedzkim  „Smokescreen Armageddon”. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu Rogga wie, co dla takiej muzyki jest dobre; próżno tu szukać niepotrzebnych przecież ozdobników i całego blichtru, który często potrafi przesłonić rzecz najważniejszą, czyli RIFF. Tego na „Descent…” jest cała masa – potężnego i miażdżącego a przy tym bardzo stylowego. Znajomości rzemiosła Rogerowi odmówić nie można…

Miarowe mielenie w wydaniu Johanssona jest wystarczająco rasowe, by uznać krążek za udany i wystarczająco zachowawcze, by mieć obawy, czy zostanie zauważony przez szerszą publikę, na co przecież zasługuje. Głównie dlatego, że w XXI wieku ze świecą szukać muzyki czystej stylistycznie. Wszyscy – zdolni i mało utalentowani – wzięli sobie za punkt honoru próbę wymyślania na siłę czegoś nowego, efektem czego są koszmarne hybrydy i tak nic nowego do światowych annałów metalu nie wnoszące. Megascavenger zapamiętamy, choćby na krótko, ale jednak…

Arek Lerch