ME AND THAT MAN – Songs of Love and Death (Cooking Vinyl)

No i nadszedł 24 marca. Tysiące metaluchów wyczekiwało tego dnia jak pierwszej gwiazdki na niebie, bo oto Nergal, pierwszy satanista III RP, miał w końcu wydać album z mroczną muzyką. Do współpracy zaprosił jeszcze Johna Portera, usiedli, napisali i już. Trasa po Europie, największe festiwale, wszechobecne poruszenie. O tym, czy słuszne, dywagujemy ja i TEN gość.

Łukasz: Nergal i Porter wydali płytę. Ku uciesze fanów Behemoth jest to świetna odskocznia od codziennej twórczości tego pierwszego, a pechowo dla innych album nie nadaje się do słuchania. A dlaczego nie? Powody można mnożyć: a to kradzież motywów od Nicka Cave’a, King Dude, Casha… I najważniejsze – nagrał ją Nergal. Obaj wiemy, jak zacietrzewionych antyfanów ma Adam. Prowadzi to jednak do innej konkluzji: gdzieś w tej układance gubi się John Porter. Gromy i laury spadają na Darskiego, a John stoi gdzieś w cieniu. Szkoda, przecież to on jest najmocniejszymmatm elementem tego krążka.

Paweł: Kradzież motywów? Co masz na myśli?

Łukasz: Kradzież motywów to oczywiście wyolbrzymienie, którego użyłem na potrzeby przedstawienia najczęstszych zarzutów stawianych temu albumowi. Swoją drogą, to całkiem zabawne, że jeszcze przed premierą albumu ludzie już znali jego zawartość. Nostradamuss wannabies, czy jak?!

Paweł: Ocenianie muzyki dopiero po jej usłyszeniu jest już passé. Cóż, „My Church Is Black” nie nastrajał zbyt pozytywnie, głównie przez wokal Nergala, który chyba chciałby być kowbojem, ale zapomniał konia, rewolweru, a do tego wszedł do saloonu w gaciach. Kompletnie mi jego wokal nie leży. Byłoby lepiej, gdyby usunął się w cień, zajmując się graniem na gitarze, wokale natomiast pozostawiając Porterowi, który brzmi o niebo lepiej.

Łukasz: Nergal ma całkiem przyjemną barwę głosu, ale Nickiem Cave to on nie zostanie. Nie rozumiem, dlaczego tak zaciekle atakuje te niskie rejestry…

Paweł: Bo chce brzmieć mrocznie i tajemniczo.

Łukasz: Ale Nergal ma więcej niż 20 lat na karku i chyba powinien zdawać sobie sprawę, że jeśli nisko nie umie, to trzeba nieco wyżej. Swoją drogą, tak zmieniając temat, uważasz, że wraz z nadejściem tego wydawnictwa Polskę zaleje moda na dark americanę?

Paweł: Ja myślę, że zalała już jakiś czas temu, a Nergal po prostu skorzystał z tego i próbuje teraz dark americanę zaszczepić na gruncie nieco bardziej mainstreamowym. I widzisz – Kubie Wojewódzkiemu się podoba.

Łukasz: Jak myślisz, cały ten nurt przyjmie się na listach przebojów? Pomijam już Me and that Man.

Paweł: Wątpię. Po Organku też nie mieliśmy jakiejś eksplozji bluesmanów z garażu.

Łukasz: Ale Nergal to coś! Nergal to instytucja! Nergal to idol młodych!

Paweł: Dobra, dobra, kolego Brzozowski – konkrety, bo zaczynasz w jakieś trolololo uciekać. Pochwal się wreszcie czy Ci się podoba ta płyta czy nie. Słyszałem, że pan Darski nie może spać po nocach, z taką trwogą oczekuje twojego sądu.

Łukasz: W tym rzecz, że sam nie wiem. Utworów z Porterem na wokalu słucha się wyjątkowo przyjemnie, a on sam ma barwę głosu pasującą do tej stylistyki. Obecność Darskiego psuje zawartość tego materiału.

Paweł: Rzeczywiście, „Portery” są bardzo przyjemne. Melancholijne „Of Sirens, Vampires And Lovers” to jeden z mocniejszych momentów płyty – również skoczny, cashowy „One Day” wstydu nie przynosi. Szkoda, że Nergal zepsuł „Cross My Heart And Hope To Die”. Jest tam ładna, wpadająca w ucho melodia, wisielczy klimat, trochę na przecięciu Wovenhand i Nicka Cave, ale… no właśnie. Jest też śpiewający Nergal.

Łukasz: Już pomijając Nergala, to brakuje mi na tej płycie takiego prawdziwego hitu. Może nie takiego, który przytłaczałby resztę numerów z krążka, ale przeboju co się zowie.

Paweł: Gdyby Porter śpiewał w „Cross My Heart And Hope To Die”, mógłby to być przebój.

Łukasz: Nie chodzi nawet o samą sferę wokalną, a o charakter tych kompozycji. Są pozbawione tego południowo-amerykańskiego ducha. Wiesz, wydmy, pustynia, piasek między zębami.Nergal&Porter

Paweł: A to inna sprawa. Dla mnie ta płyta zbyt dopracowana, chciałoby się, żeby użyli oszczędniejszych środków – jak Them Pulp Criminals. Brakuje zapachu whiskey, gęstego dymu i takiego, kurczę, rebelianckiego ducha.

Łukasz: O właśnie, zbyt dopracowana – sedno! To trochę tak, jakby debiut Sarcofago opatrzyć cykającą centralą i brzmieniem siedmiostrunowego Ibaneza. Pewne rzeczy rządzą się swoimi prawami i trzeba zwyczajnie robić je oszczędniej.

Paweł: No dobra, ale poszukajmy plusów. Niewątpliwie Porter, co jeszcze? Ja tak sobie myślę, że oni zrobili mały błąd zaczynając promocję płyty od „My Church Is Black”, no i ten teledysk… Gdyby wrzucili na singla takie „Love & Death” reakcje byłyby – tak mi się wydaje – bardziej pozytywne.

Łukasz: Czy ja wiem? Myślę, że dużo sprowadza się do stwierdzenia, o którym mówiłem we wstępie. Sama osoba Nergala wzbudza tyle kontrowersji, że bierze górę nad muzyką i jej faktycznym poziomem. Niby dosyć niesprawiedliwe, ale takie konsekwencje bycia pierwszym satanistą trzeciej Rzeczypospolitej (śmiech).

Paweł: Inna sprawa, że nagrał album z muzyką, która jest teraz bardzo popularna – trudno, żeby nie pojawiały się zarzuty o płynięcie z prądem i ślepe papugowanie zachodnich trendów.

Łukasz: Ale Nergal zawsze lubował się w papugowaniu trendów, czego nie uważam za wadę, jeżeli idzie to w parze z dobrymi kompozycjami. Czym jest bowiem większa część dyskografii Behemoth, jak nie pogonią za koniunkturalizmem i modą?

Paweł: No i tu leży clou problemu – czy na „Songs Of Love And Death” idzie to w parze z dobrymi kompozycjami…

Łukasz: Czyli co, wracamy do Nicka Cave, Johnny’ego Casha i King Dude, a o Me and That Man zapominamy?

NPaweł: Jeśli mnie pamięć nie myli, to Mark Lanegan wydaje płytę pod koniec kwietnia. Jest na co czekać. Tyle, że on ostatnio w nieco inne rejony skręcił. Ha, to w sumie ciekawe, bo Cave i King Dude również. W ogóle – takiej muzyki jest masa, nie ma się co tych kilku nazwisk czepiać. Niemniej jednak, Cave, Steve Von Till, czy inny Eugene Edwards są jak stary, dobry Atak Chmielu z Pinty, natomiast Me And That Man to Żywiec IPA. Brakuje aromatu, brakuje goryczki i chociaż da się wypić, to jednak nadmierne zachwyty są prawdopodobnie oznaką tego, że autor ów zachwytów zwyczajnie nie pił wcześniej nic ponad marketowe koncerniaki. Chociaż nie wiem czy do Ciebie to browarnicze porównanie trafi, bo zdaje się, że Ty głównie w Wojaku gustujesz, no nie?

Łukasz: Nie wiem, o czym mówisz, jestem przecież niepełnoletni (śmiech). Dobrze, podsumowując: wrócimy do Me and That Man za np. rok?

Paweł: No nie wiem – nie mam pojęcia, czego jutro będę słuchał, ale obiecuję, że kiedy ponownie odpalę „Songs Of Love And Death” od razu dam Ci znać.

Łukasz: I vice versa, a na razie wracam do Them Pulp Criminals.

Paweł: Natomiast ja do nowego Sun Kill Moona. Ryje beret.

Szkalowali i pozytywów szukali Paweł Drabarek i Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum zespołu