MATYS – Child of Contempt

Na łamach Violence rzadko kiedy pojawia się elektronika, a jeśli już, to w swej mrocznej, alternatywnej odsłonie. Tym razem spróbujemy zgłębić polski drum’n’bass i tu niespodzianka, bo wymieszany z metalem. Że nic nowego, bo w łamańcach i ciężkim brzmieniu najlepiej sprawdzają się Brytole (The Qemists) albo francuzi (Dirtyphonics) a do granic możliwości temat rozwinęli muzycy Igorrr i The Algorithm? Tutaj zgoda, bo łączenie dwóch agresywnych nurtów w jeden kombinat nie jest sztuką samą w sobie, ale jeśli dodamy do tego młodzieńczy pierwiastek, sprytnie przemycane fascynacje wczesnym Prodigy i chęć eksperymentowania w obrębie mocno wyeksploatowanej przez neurofunk muzyki, okaże się, że Matys to człowiek, który pojawił się we właściwym czasie i właściwym miejscu.

Krajowe podwórko od lat dostarcza bodźców z pogranicza dnb i neuro, aczkolwiek nie czysto produkcyjnie, a w postaci wyśmienitych setów postaci takich jak KrucaFux czy Krzyku. O tym ostatnim niejednokrotnie słyszano za granicą, a przecież jest jeszcze duet One Way stojący m.in za organizacją festiwalu Let It Roll czy Ros Addiction. Innymi słowy – dzieje się, zwłaszcza w Łodzi, a tymczasem we Wrocławiu, mieście przeżywającym obecnie pewien muzyczny renesans, wyrósł nam zdolny producent, który szlifów i ogłady nabierał pod szyldem Bad4you. Kto kilka lat temu świetnie bawił się na dubstepowych imprezach, powinien kojarzyć kolektyw, tym bardziej, że duet producentów-performerów grał m.in. z Modestep i zaskarbił uznanie publiczności dzięki perfekcyjnej selekcji opartej na ciężkich petardach z pogranicza grime, dubstepu czy w końcowej fazie – trapu. Z perspektywy czasu, przynajmniej ja, uznaję, że odejście od „wiertar” na rzecz znacznie mniej jednorodnego grania, ujętego przede wszystkim w różnych tempach, to kierunek nie tyle właściwy, co perspektywiczny i pozwalający przemycać coraz więcej dźwięków spoza elektronicznego świata. O ile tak przyjęta konwencja na razie zostaje potraktowana przez media hurraoptymistycznie głównie ze względu na „nową twarz”, tak w przyszłości mam nadzieję, że kredyt zaufania jakim zostaje obdarzony bohater tego tekstu, zaowocuje unikalnym stylem.Matys

Pięć premierowych numerów Matysa cechuje się dużą dozą różnorodności – zarówno pod względem samego brzmienia (dobrze, że nie mamy do czynienia z raptem jednym zestawem sampli perkusji), flow kompozycji, czy zaklęcia niemal punkowego pierwiastka wkurwienia w dźwiękach, które niekoniecznie muszą „szybko” walić po pysku. Wydaje mi się, że ściganie się z najlepszymi i takie podręcznikowe łojenie w 87 czy 172 bpm wychodzi mu najmniej interesująco. Im wolniej, a raczej nietypowo jak w mocno inspirowanym Dirtyphonics „Zulu War Chant” (110bpm) tym ciekawiej. Mało tego, uważam – licząc na owoc wcześniejszych doświadczeń – że Matys skupi się w przyszłości na atmosferze niźli ataku małżowin usznych, tym bardziej, że drumy (przesiąknięte czy to drumstepem czy metalem) mają sporo do zaoferowania. Im gęściej i duszniej (więcej warstw proszę!), tym lepiej.

Materiał ma jednak swoje małe wady. Dla osób znających Matysa zarówno pod kątem prezencji live jak i upodobań, tak obrany kierunek jest zbyt oczywisty. Biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie nurtem w tej części Europy, taki sposób wyrażania siebie może być podyktowany względami czysto marketingowymi. Druga sprawa, to jednak zbyt ostrożne posiłkowanie się rockowym instrumentarium. „Ravaged Lands” dało by się przełamać niemal metalcore’owymi breakdownami, a główny motyw w stroju obniżonym o pół tonu dodałby, brzydko mówiąc, „mięcha”, nawet kosztem selektywności. Tyle i aż tyle, bo poziom zaprezentowany na „Child of Contempt” jest zaskakująco wysoki i życzę producentowi rychłej kontynuacji wydawnictwa.

Grzegorz Pindor

Trzy i pół