MATTY MULLINS – Matty Mullins (Rise Records)

Pierwszy solowy album wokalisty Memphis May Fire przynosi spore rozczarowanie. Tak utalentowany wokalista błędnie wybrał pop jako nowe terytorium do sprawdzenia własnych możliwości. Co więcej, lawiruje między tanecznym kiczem Breathe Carolina a „prawdziwym” popem tylko odrobinę naszpikowanym elektroniką.

Jak na pierwsze tego typu starcie z inną branżą i środowiskiem, które coraz częściej oferuje tandetę zamiast dobre piosenki, Matty z konfrontacji z „nowym, nieznanym” wychodzi z otarciami, ale z podniesionym czołem. Wybaczam słodkie refreny i balladowe zapędy, zapominam o siermiężnych tępych rytmach i pozwalam swoim uszom cieszyć się wokalem, który zasługuje na to, aby w muzyce – w ogóle – było go więcej. Widać, a raczej słychać, że chłop kombinuje w dobrym kierunku, bo nie śpiewa (tak jak w zespole) czysto na jedno kopyto. Rudzielec bawi się efektami, miejscami komplikuje linie melodyczne i zachwyca interpretacją tekstów, ale co z tego, skoro to, co (prawie) najważniejsze, a mianowicie podkład, będący efektem dłubaniny w studio w oparciu o wskazówki nie czującego takiej muzy producenta, niweczy cały efekt.Matty

Według mnie „Matty Mullins” spodoba się – jeśli w ogóle – tylko fanom macierzystego zespołu. Za mało tu odwagi i eksperymentu, a za dużo dźwięków, które można usłyszeć u co drugiego artysty na Warped Tour. Mimo to, Mullins może jeszcze zaskoczyć.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa i pół