MASZYNY I MOTYLE – Panoptikon

Szkoda, że nie wymyślili jeszcze wehikułu do podróży w czasie; chętnie przeniósłbym do połowy lat 70-tych, kiedy po raz pierwszy na scenach pojawiły się zespoły tworzące podwaliny industrialu, np. Throbbing Gristle. Estetyka szoku, będąca kręgosłupem ich działań wykraczała daleko poza prowokacje punk rocka, dając nadzieję na coś więcej. I faktycznie, industrial istnieje do dzisiaj w niezliczonych mutacjach, pokazując coraz bardziej stępione pazury. Zresztą, czy w dobie dominacji komputerów coś może jeszcze szokować? Nie narzekając jednak na czas i miejsce, warto spróbować ugryźć to, co proponują nam rodzime grupy z tego kręgu, np. Maszyny i Motyle, których „Panoptikon” to całkiem interesujący, w pewnym sensie post – industrialny kawał ciekawego spojrzenia na hałas.

Nie wiadomo, gdzie tu maszyny a gdzie motyle. Wiadomo za to, że okładka płyty, to lustro, które ma usidlić nasze dusze. Zobaczymy swoje odbicie niewyraźne, jakby zza światów, uwięzione w innym wymiarze, w dodatku znaczek „rec” w górnym rogu sugeruje, że ktoś nas tu nagrywa, czyli inwigiluje. Paranoja gotowa, a najlepszym do niej podkładem jest muzyka z „Panoptikon”. W zasadzie problem z klasyfikacją tej płyty jest najlepszym dowodem na to, że zespołowi udało się stworzyć coś mocnego. Wychodząc od kwadratowego elektro – industrialu, prowadzi nas przez prawdziwy labirynt brzmień, odcieni hałasu, pulsu maszyn, komputerów i zgrzytów, jakie towarzyszą naszemu życiu w betonowym świecie. Być może to pretensjonalne uniesienie spowodowane jest sentymentem jakim darzę muzykę pokroju Maszyn i Motyli. Muzykę, która niczym Don Kichot, prowadzi beznadziejną walkę z postępującą dehumanizacją naszego życia. Walkę, która nie gwarantuje żadnego zwycięstwa, bo człowiek w swoim pędzie do destrukcji nie zważa na jakiekolwiek sygnały ostrzegawcze.M&M live

Już na początku dostajemy po uszach bzyczeniem wściekłych dronów w – nomen omen – „Roju dronów”. Pomysł z automatem perkusyjnym (czyli zabiegiem, który akceptuję niechętnie…) okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Być może dlatego, że zespół nie próbuje na siłę programować go tak, żeby imitował żywego bębniarza. Wręcz przeciwnie, warstwa rytmiczna jest syntetyczna i pogięta na wszystkie sposoby. Jednocześnie poziomem agresji dorównuje atakom gitary i potężnym wjazdom basu („CAM 830821 07”). Połamane struktury czasami kojarzyć się mogą z dokonaniami SAMO (chociażby „Artefakty”), to znowu z mocno wkurwionym Aphex Twin („Wyścig”). Osobiście polecam „CAM 040204” ze względu na świetny aranż, trzymający słuchacza w napięciu i stopniowo dozujący mrok. Wszystko pięknie się rozkręca, pobrzmiewa nieco eksperymentem Einstürzende Neubauten, by na końcu doprawić połamanym czadem. Równie dobrze prezentuje się plemienny „+0#08 CAM 691029”.

Powstało w ten sposób bardzo inteligentne maszyn cięcie gięcie dźwiękiem, które nawet dzisiaj, kiedy w zasadzie wszystko już słyszeliśmy i nic nas nie zdziwi, robi solidne wrażenie. Może bez histerii, ale z szacunkiem; wielkiej kariery nie będzie, ale maniakom cyfrowo-gitarowego zgrzytu na pokracznie – tanecznych resorach polecam.

Arek Lerch  

Cztery i pół