MASZYNA – Miliony słów

Gramy dla siebie to zdanie, które obok to nasz najlepszy album w karierze pada chyba najczęściej z ust muzyków i z którym – wbrew pozorom – ciężko się nie zgodzić. Sytuacja, w której ktoś z różnych względów gra muzykę, która mu się nie podoba, wydaje się co najmniej mało komfortowa. Kiedyś zdarzało się – nie wiem, może ciągle się zdarza – że wytwórnie starały się narzucić swoim podopiecznym określony styl, oczywiście wydający się najbardziej dochodowy. Skurwysyństwo trochę, przyznaję, ale jeszcze jestem w stanie jakoś to zrozumieć. Z tego co wiem, Maszyna nie ma nad sobą żadnego wydawcy, a i styl, w którym chłopaki zdecydowali się tworzyć, także raczej nie należy sam w sobie do szczególnie dochodowych. Kto ich zatem zmusił do nagrania takiej płyty jak „Miliony słów”? Jeśli zrobili to z własnej woli, to, to… To ja sam nie wiem co mam o tym wszystkim sądzić.

Pochodzący z Kraśnika zespół określa swoją muzykę jako nowoczesny, mocarny i gniewny metal. Hmmm… Zdarza się czasem, że gdzieś na mieście zauważę jakiś plakat informujący o koncercie kompletnie nieznanych mi zespołów grających w miejscu, o którym pierwszy raz słyszę. Wjazd za 5 PLN, a wszystkie kapele określone są jako „rock/metal”. Maszyna brzmi tak, że ja bym sobie tego rock/metalu w życiu lepiej nie wyobraził – a uwierzcie mi, próbowałem to sobie wyobrazić, bo to chyba jeden z najśmieszniejszych epitetów, jakim można określić zespół (śmieszniejsze było tylko Dzierżoniów hardcore – widziałem kiedyś coś takiego). Przyznaję, że „Miliony słów” to w sumie album, który brzmi nieźle – zatem można się zgodzić na określenia mocarny i nowoczesny. Produkcja jest selektywna, podkreśla ciężkie gitary i gęstą sekcję, może co najwyżej wokale są nieco za bardzo z przodu, ale oprócz tego jest jak najbardziej w porządku. Tylko tego gniewu za wiele nie słyszę… Cóż, przyjmijmy po prostu, że nie jest to Nails ani Full Of Hell i powiedzmy, że z grubsza chłopaki nie kłamali.

Natomiast gdyby kiedykolwiek określili ten materiał jako najlepszy w swojej karierze, to by już, kurwa, skłamali – nawet  zakładając, że to ich jedyny materiał (a chyba nie jest). Nie można w ten sposób mówić o takich płytach. To jest bardzo zły album. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo… To muzyka wyjęta żywcem z jakiejś małej knajpy dla motocyklistów, brzmiąca niczym cięższa Luxtoperda bez rapowanek. Ok, styl sam w sobie jest wybitnie nie dla mnie, ale już nawet pomijając tę kwestię, muzyka woła o pomstę do nieba z wielu innych względów. Rzadko mam wątpliwą przyjemność słuchania tak banalnego i kanciastego riffowania jak w tym przypadku. I tu pojawia się największy problem „Milionów słów” – gdy już nawet trafi się jakiś fajny riff albo niezła a’la solówka (dzieje się tak chociażby w ‘Wykolejonym” czy w utworze tytułowym), to trwa niewiele dłużej niż pierdnięcie. Nie rozumiem, dlaczego te piosenki są budowane na chujowych riffach, a te względnie dobre (bo żadnych wybitnych tutaj nie ma, niestety) trwają tak krótko? Nie można było czegoś zbudować na dobrym pomyśle, trzeba było pracować na tych słabych? Naprawdę?Maszyna

Kolejna kwestia to teksty. Bolą mnie uszy, że ten album jest po polsku, serio. Ilość częstochowskich rymów, grafomanii i banału – żeby nie powiedzieć głupoty – sięga niebezpiecznych stężeń. Nie wymagam, żeby muzyka metalowa była inteligentna, wręcz przeciwnie, często to właśnie banał w metalu jest najfajniejszy. Z tym, że to się sprawdza np. w przypadku Venom i ich pseudosatanistycznej, jasełkowej otoczki, a nie wtedy, kiedy głupota wychodzi przypadkiem. Wersy w stylu …rzeczywistość urywa mi głowę, to dla niej typowe… są na tym albumie normą, a to tylko pierwszy z brzegu literacki kwiatek.

Panowie – może po prostu trafiliście na złego recenzenta. Możliwe, że ch… się znam, a tak naprawdę Maszyna to fajna kapela. Wierzę, że komuś może to się podobać, w końcu macie ponad 2000 lajków na Facebooku. Mam nadzieję, że wspólne granie sprawia Wam radość. Chciałbym wierzyć, że jesteście fajnymi chłopakami, którzy tylko muzykę grają beznadziejną. Wybaczcie mi wszystko to, co napisałem, w tym niezbyt parlamentarne słownictwo. Po prostu mnie zbulwersowaliście. Zbulwersowaliście, bo żądacie za cyfrową wersję TEJ płyty dwadzieścia złotych. To bardzo niegrzeczne z Waszej strony.

Michał Fryga

Jeden