MASTIPHAL – Parvzya (Witching Hour)

Reaktywowana śląska bestia, ze swym pierwszym od przeszło dekady albumem , powraca do gry na równych prawach z wiodącymi zespołami krajowego blackmetalowego podziemia.

Przed laty nazwa Mastiphal stawiana była na absolutnym piedestale polskiego ekstremalnego undergroundu, a jej jedyny pełnometrażowy album „For A Glory of All Evil Spirits, Rise for Victory” do dziś uchodzi za jeden z najokazalszych pomników, jakie tamten okres pozostawił po sobie. Jednak od czasu zapadnięcia się formacji dowodzonej przez Flaurosa i Cymerisa w niebyt, krajobraz środowiska ulegał wielokrotnym przeobrażeniom, a wraz z nimi pojawili się nowi liderzy na scenie. Dlatego też oczywistym było,  że aby dziś przywrócić Mastiphalowi dawny blask, nie wystarczyło nagranie ot, po prostu jakiejkolwiek płyty, i opatrzenie jej charakterystycznym logo grupy. Całe szczęście, że członkowie odrodzonego składu w pełni zdawali sobie z tego sprawę i stanęli na wysokości zadania.

„Parvzya”, bo tak ostatecznie ochrzczono rezurekcyjne dzieło, przynosi niespełna 40 minut nowej muzyki (wersja winylowa wzbogacona została o dodatkowy utwór). Spostrzeżenie, które nasuwa się nieprzejednanie już od pierwszych taktów atakującego bezpośrednio po krótkim intro „The Wall of Phantom” jest takie, że nikt nie jedzie tu na sentymencie i nostalgii za starymi czasami. Posunięcie jak najbardziej fair i – czego by tu nie pisać – dość odważne. Bo i komu dziś potrzebny własny autoplagiat? Muzycy udzielający się obecnie w Mastiphal bynajmniej nie próżnowali przez te wszystkie lata, a każde nabyte przez nich doświadczenie odpowiednio szlifowało ich artystyczną tożsamość. Numery pokroju rozbrzmiewającego gitarowymi dysonansami „Under the Sign of the Morning Star” czy „May He Rot in Hell” ze świetną, wielowątkową solówką, potwierdzają, że zespół  ani trochę nie odwraca się plecami od dorobku lat 80. i 90., lecz stać go dziś na znacznie bardziej wyrafinowane i przemyślane aranżacje. Black metal w wydaniu katowiczan to ciągle cholernie intensywna i agresywna muzyka, potrafiąca z jednej strony przybrać zawrotne tempa, z drugiej – wgnieść porządnymi zwolnieniami, i to niejednokrotnie w obrębie jednej kompozycji („Man Strikes God Falls”). Dodatkowej zadziorności materiałowi dodają niechybnie upiorne wokale Flaurosa, który pod tym względem zdaje się iść łeb w łeb z Cezarem z Christ Agony. Nie sposób pominąć także tajemniczej i złowrogiej atmosfery, która od zawsze stanowiła wyróżnik twórczości Mastiphal, a która na „Parvzyi” uwydatniona została nie za pomocą klawiszy, których na płycie praktycznie nie ma, lecz poprzez rozmaite wstępy, gitarowe pasaże oraz ciekawie rozwijające się melodie („Nihil Esse”), dopełniane odpowiednio narastającą pracą sekcji rytmicznej, co ma miejsce choćby w kompozycji tytułowej.

Faktem, który zapewne przekona wielu niezdecydowanych do sięgnięcia po krążek, jest jego postprodukcja, zlecona szwedzkiemu Necromorbus Studio. Wybór miejsca znanego z płyt Deströyer 666 czy Watain z pewnością gwarantował odpowiednio wysoką jakość finalnego rezultatu, lecz nie czarujmy się – sound jest wprawdzie majestatyczny, pełny i dość nowoczesny, ale spokojnie można było uzyskać go w Polsce. Tym bardziej, że miejsc nie brakuje…

Drugi duży krążek na koncie Ślązaków to kolejna dawka ekstremalnej muzyki na poziomie, do którego przyzwyczaiły nas ostatnie wydawnictwa ze stajni Witching Hour. To także potwierdzenie tego, że decyzja o wznowieniu aktywności była dobrym pomysłem. Jednak o rzeczywistej mierze potencjału i determinacji nowego Mastiphala pozwólmy przesądzić ostatecznie kolejnym, planowanym już ponoć wydawnictwom. Jeśli panowie podołają zadaniu, to z pewnością usłyszy o nich cały glob, i to nie za sprawą pojedynczych wypadów na egzotyczne festiwale. Na podboje świata nigdy nie jest przecież za późno.

Cyprian Łakomy 4.5