MASTER BOOT RECORD – 486DX (-)

Z obecną kondycją death metalu jest jak z niedźwiedziem. Niedźwiedź jest duży, futrzasty i niebezpieczny. Gdy trzeba, bezpardonowo rozszarpie, a w innej chwili wykaże się sprytem. Nie zmienia to faktu, że jego zachowaniom daleko do nieprzewidywalności. Odnoszę wrażenie, że współczesny death metal ma mnóstwo punktów stycznych z tym właśnie niedźwiedziem. W bardziej obskurnych odsłonach zadaje siermiężne ciosy, w tych finezyjnych zaś przeplata kontrolowaną brutalność z wirtuozerskimi popisami. Mimo to, koń jaki jest, każdy widzi. A prościej mówiąc: death metal już nie zaskakuje. Prawie nie zaskakuje. Są pewne wyjątki od tej reguły, a jednym z nich Master Boot Record.

Master Boot Record pochodzi z Włoch, a założyciel tego projektu, o którym wiem tyle co nic, chełpliwie twierdzi, że nagrał materiał stuprocentowo syntetyczny i odhumanizowany. Wśród metalowej braci obydwa te przymiotniki często działają na rozjuszonych ortodoksów niczym płachta na byka. Mimo tego, w kontekście “486DX” ów opis jest jak najbardziej adekwatny. Bo Master Boot Record to przecież żaden konwencjonalny death metal. Przez chwilę miałem nawet pewne wahania, czy w ogóle można tę muzykę umiejscowić w sztywnych ramach death metalu. Oczywiście, można. Bo śmiercionośne łupnie stanowi jej bazę. Bazę, która swobodnie przeplata się z industrialną motoryką i mieszanką house/trance/electro. Chwila, moment. House? Techno? Na pewno o płycie metalowej mowa? Tak, owszem, bo echa progresywnych popisów również przebijają się przez zawartość “486DX”. Nie muszę chyba mówić, jak wielu zaplutych od ryku deathmetalowców ceni sobie bogactwo muzycznych krajobrazów prog-rocka i paradę solówek również dla tego nurtu typową. I tutaj również wszystko się zgadza. Pierwsze słowo, które może przyjść na myśl po kilku minutach spędzonych z Master Boot Record to właśnie „bogactwo”. Rozbuchane i tętniące pomysłami kompozycje to dla tego projektu norma, epatowanie wzniosłą melodyką takoż. A wspomniane solówki – wygrywane przez syntezator – wręcz zalewają całą płytę, ale ze smakiem, bez niepotrzebnej przesady. No dobrze, przecież nie wycieczki w progresywne rejony czynią propozycję “486DX” wyjątkową. Robią to wspomniane wstawki hołdujące tradycji muzyki house/electro, które zwiewnie zazębiają się z deathmetalowym szkieletem tych utworów. Na każdy potężny riff przypada eksplozja beatu równie żarliwego, jak dubstepowy hałas. A gdy gdzieś pojawia się charakterystyczna, metalowa galopada, zaraz w paradę wejdzie jej oszalała syntezatorowa wstawka. Futurystyczna do tego stopnia, by nawet przez chwilę nie kojarzyć się z trącącymi myszką nagraniami późnego Samael czy Cradle of Filth. Największym plusem tej płyty jest niewątpliwie jej spójność. Natłok zupełnie niepasujących do siebie elementów o dziwo nie brzmi chaotycznie, a wszystkie dźwięki funkcjonują w zgodzie z sobą, a co za tym idzie – ze słuchaczem.MBR

Uf, ależ to dobry album! Nigdy nie oczekiwałem od death metalu nowości czy rewolucji i może właśnie dlatego tak mnie powalił. Bo dostałem cios, którego w życiu nie spodziewałbym się po deathmetalowcu. Cios, który swą intensywnością na starcie wyprzedza zgraję komicznych gore-grindowców. I wreszcie cios, który powinien zostać zapamiętany na długie lata.

Łukasz Brzozowski 

Pięć