MASALA SOUNDSYSTEM – Ziemia Na Sprzedaż (Antena Krzyku)

Masala nie pozwala zapomnieć, że mamy rok 2016, elektronika jest powszechnie dostępna, mieszanie kultur w normie a wkurzenie na to, w jaki sposób ludzie postępują z ziemią i drugim człowiekiem – niezmienne.

Przyznam się bez bicia, że coraz częściej jest mi nie po drodze z współczesnymi pomiotami hc/punkowej sceny. Nie, żebym nagle zmienił zapatrywania tudzież orientacje, bo te raczej się radykalizują, bardziej chodzi o fakt, że forma przekazu, bazująca na odgrzewaniu starych kotletów o zabarwieniu nowojorskim albo kalifornijskim nijak do mnie nie przemawia. A z kolei ci załoganci, co uciekają od schematów… przestają być załogantami i nawet jeśli pasuje mi ich droga, trudno nazywać to partycypacją scenową. Tak czy inaczej, wolę tych uciekinierów niż kombatantów a jeśli chcę powkurzać się na konsumpcjonistyczno – korporacyjny świat, wybieram Masalę.Masala soundsystem

Z tym, że chciałbym od razu zaznaczyć – po przesłuchaniu „Ziemi Na Sprzedaż” nadal największą miłością będę darzył wydany w 2008 roku krążek „Cały Ten Świat”, który w temacie zespolenia tanecznych bitów z wkurwionym przekazem pozamiatał i nadal trzyma za ryj. Nowa płyta to oczywiście te same wątki, te same bolączki i podobny soundsystem. Mieszanie tańca, głębokich basów, harmonicznych orientalizmów, ragga, folku i szeroko pojętej world music z drobnymi eksperymentami aranżacyjnymi pozostało bez zmian, choć mam wrażenie, że na nowej płycie wszystko jest bardziej klarowne i „miękkie”. Do tego dochodzi szereg dziwacznych instrumentów (pomijam nazwy, bo i tak nic mi nie mówią…), które fajnie współpracują z didżejskim podkładem i mamy gotowy krążek, idealnie pasujący do dżogingu, jazdy samochodem czy rowerem. Adrenalina podnosi się dzięki świetnym bitom i mózg jest gotowy do przyjęcia prawd, głoszonych przez zespół z iście hip – hopową „pompą”. A one prawdy można streścić w sposób następujący: „To moje życie, więc odczepcie się, nie chcę waszych banków, kredytów, firm. Chcę myśleć i działać sam. A wy najlepiej nie mieszajcie się do niczego, zostawcie mój świat i ziemię”. Oczywiście, można przyjąć, że jest to postawa naiwna, z góry skazana na przegraną, ale… to przecież takie głosy są nadzieją, że wśród tej durnej masy znajdziemy kogoś, kto myśli niezależnie, bo wszystko zaczyna się – co za odkrycie – od własnej głowy. I już wiadomo, o co chodzi. Zderzenie myśli Dezertera z intensywnością Prodigy. Jest dobrze, a nawet… za dobrze. Szczególnie pod koniec płyty mam wrażenie, że zaczyna mnie boleć „bańka”. Po prostu, Masala nie odpuszcza ani na moment, pompuje cały czas, atakując jarmarcznym zgiełkiem dźwięków o różnych barwach. Może dlatego bardziej podoba mi się pierwsza część tej płyty? Szczególnie „Broń masowego rażenia”, toż to prawdziwy, bezkompromisowy punk na techno bicie! Z obsesyjnym tekstem i wściekłością godną sfrustrowanego załoganta.

Może troszkę ironizuję, ale tak po prawdzie bardzo lubię Masalę. Wystarczy dawkować sobie płytę kawałkami i będzie dobrze. Poza tym, w dzisiejszych zgiełkliwych czasach nie traktuję Masali jako swego rodzaju objawienia a raczej jako mus. Trzeba wrzeszczeć i uderzać mocno, żeby przebić mur… No i rodzynek, czyli świetna okładka naszego ulubionego Rafała Wechterowicza dopełnia obrazu tej udanej w gruncie rzeczy produkcji. Oby komuś zmieniła punkt widzenia.

Arek Lerch

Cztery i pół