MARUTA – Remain Dystopian (Relapse Records)

Death/grind o charakterystycznym usposobieniu, niekonwencjonalny i niepodrobienia. I mógłbym tak słodzić, i słodzić, ale żeby rzeczywiście poczuć, o co mi chodzi, wystarczy poddać się terapii szokowej fundowanej przez Amerykanów z Maruta. Akurat nadarza się ku temu idealna okazja, trzeci pełnometrażowy album właśnie został ujawniony światu.

Progres to inaczej proces ukierunkowanych przemian prowadzących ku coraz doskonalszemu stanowi. Ale czy rzeczywiście zawsze trzeba coś zmieniać by postęp mógł zaistnieć? Okazuje się, że nie, bo Maruta choć od 10 lat warsztatu nie zmienia, ciągle zaskakuje swą przewidywalnością. I podkreślam, chodzi tutaj o świadome racjonowanie dostępnych środków artystycznej ekspresji, wliczając w nie doświadczenie, rzecz jasna. Maruta jest tego żywym przykładem, sposób prezencji praktykowany przez grupę nie uległ zmianie, wręcz przeciwnie, jakby zatrzymał się w czasie. To, co nowe objawia się we wspomnianym, rozważnym posługiwaniu się instrumentami. Nie zmienia to faktu, że jest to nadal granie odważne, to znaczy przełamujące konwenanse i dumnie afiszujące odrębność Maruta od reszty ekstremalnej sceny.

Zanim zabrałem się za celebrację „Remain Dystopian” musiałem się nieco pofatygować by zawiesić poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie, takim, który odpowiadałby dwóm poprzednim, w dodatku świetnym materiałom zespołu. I tak, po wystartowaniu zamiast wspomnianej poprzeczki na naszej drodze pojawiają się płotki, poprzeczka gdzieś tam błyszczy w oddali. Oznacza to, że mamy do czynienia z najtrudniejszym materiałem Maruta, a dojście do celu będzie wymagało poświecenia wielu ofiar. W czym tkwi szkopuł? To najmniej chwytliwy materiał jak dotąd, a może chwytliwy inaczej, na pewno nie tak jak poprzednio. Tym razem nie ma miejsca na rozpychanie się łokciami, brak tu oddechu, natłok riffów i zawrotna prędkość przeskoków między dźwiękami uniemożliwia chwycenia się nawet brzytwy, blast wypełnia 80 % muzycznej materii, a deficyt wolniejszych przejść daje się we znaki – co tu dużo mówić, jest po prostu przejebane! Dwa historyczne już albumy wypełniały kawałki otwarcie propagujące dialektykę między tym, co nie do wytrzymania, a tym co wsiąka w nas niemal od razu. Chodziło o ten kompromis: najpierw agresja rozrywa nam małżowiny a potem melancholia łagodzi rany wolniejszą partią rytmu. Teraz nie ma o czymś takim mowy. Oczywiście, dychotomia ładunku ekspresji nadal ma miejsce w muzyce Maruta, ale tym razem dochodzi do jawnej separacji. Albo jest ciężko (większość numerów, na czele z „Hope Smasher”), albo lekko, ale z tym drugim mamy do czynienia praktycznie tylko w „Return To Zero”. Po za tym, a może przede wszystkim powinienem wspomnieć, że jest to album niezwykły choćby z faktu pojawienia się dwóch gościnnych wokali! Ba, nie byle jakich, gdyż swój udział wzięły osobistości ściśle powiązane z elitą grindcore’owej rozpierduchy – J.R. Hayes (Pig Destroyer) i Tomas Lindberg (ex-Lock Up, Disfear, At The Gates). Inżynierka została powierzona ojcu chrzestnemu amerykańskiego grindcore’a – Scottowi Hullowi, za to hałaśliwymi samplami posłużył się inny członek Agoraphobic Nosebleed – Jay Randall. Dużo się tutaj dzieje, a to oznacza, że będzie się nad czym pogimnastykować.Maruta band

Debiut w barwach Relapse zakończył się powodzeniem. Skok ponad poprzeczką został wykonany perfekcyjnie, choć wymagał wielu ćwiczeń. Mam lekkie obawy, że niektórzy mogą odwrócić się na chwilę od Maruta, gdyż rezygnacja z łatwiejszych do przyswojenia melodii i skupienie się na większej techniczności mogła wyjść na niekorzyść grupy. A mi tam się ten manewr podoba; Maruta mimo wejścia na statek pod banderolą Relapse, robi to na co ma ochotę, a że ma ochotę na utrudnianie życia słuchaczom to mogę tylko pogratulować odwagi!

Adam Piętak

Zdjęcie: Janette Valentine

Pięć i pół