MARKSMAN – Awaken

Na początek roku trochę dobrego hardcore’a. Kilka słów o Marksmanie znajdziecie w dziale Shark Atttack, a teraz przyjrzymy się nowej płycie, która pewnie gdzieś tam się już tłoczy, najpewniej w postaci czarnego placka. Określenie modern hardcore jest dzisiaj kojarzone bardzo różnie, jednak jakoś nie mogę znaleźć niczego ciekawszego dla pierwszej, pełno-wymiarowej produkcji tego zespołu. Połączenie klimatu, depresji z potężnym ładunkiem energetycznym i świetnym brzmieniem powinno przypaść do gustu każdemu smakoszowi hałasu.

Usilne poszukiwanie muzycznego absolutu utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie warunki czy umiejętności są istotne; potrzebna jest za to iskra, dotknięcie absolutu, powodujące, że dana płyta czy zespół robi krok przed szereg i zwraca naszą uwagę, choć sami nie wiemy, dlaczego. Podobnie jest z Marksman. Pozornie zwykły zespół z zatłoczonej do granic przyzwoitości sceny DIY, a jednak Awaken od pierwszych uderzeń intryguje i nie pozwala przejść obojętnie obok propozycji kwartetu. Jako miłośnik dobrych, choć nie-wypieszczonych produkcji, od razu zwracam uwagę na rewelacyjne brzmienie tej płyty, idealnie wyważone, ani zbyt brudne czy nieczytelne, nie grzeszące też zbytnią sterylnością. Dźwięk wali po łbie, ale od razu możemy wychwycić wszystkie niuanse. Rzut oka na realizatora sporo wyjaśnia – Piotr Gruenpeter i Satanic Audio. Marksman band

Sama muzyka to niewymuszony miks solidnej, hardcore’owej riffowni i dołującego, napakowanego emocjami klimatu. Bardzo szybko poznajemy patent firmowy zespołu – zdolność do świetnego zagęszczania atmosfery, kiedy muzyka załamuje się a temperatura spada z sekundy na sekundę („Wall”, „The Aviator”). Zespół lubuje się w niespiesznej narracji, eksploatuje wolne tempa, by gdzieś w okolicach „Bohemian Grove” zabrzmieć, jakby nie z 3M pochodzili a z Umeå co najmniej. Kiedyś na takie klimaty mówiło się post hardcore i faktycznie, w wielu momentach tej płyty zespół czyni przeróżne wycieczki po obrzeżach gatunku, bawiąc się konwencjami, ale bez popadania w przesadę – cały czas czujemy ciśnienie i energię, która rozwala każdy takt. Na zupełne oddzielne traktowanie zasługuje za to dwuczęściowa kompozycja „Granice”, głównie z powodu zastosowania (z powodzeniem!) rodzimego narzecza i dodania do dania głównego fajnie zamykającej, smutnej kody. Moim faworytem stał się za to ostatnio „Parallel” z noise’owymi podmuchami i sludge’owym gruzem sypiącym się na łeb. Grupa dba o zwięzłość wypowiedzi i nie przesadza z rozwlekaniem nawet tych kompozycji, które – moim przynajmniej zdaniem – mogłyby jeszcze z minutę dłużej pomielić (chociażby „Hart Island” czy „Bohemian Grove”), dzięki czemu człowiek od razu ma ochotę odpalić krążek jeszcze raz. Żeby jednak pozostać choć ciut obiektywnym – dodać trzeba, że Marksman prochu nie wymyśla ani nie odkrywa niczego nowego, po prostu sprytnie dobiera zdobycze kilku różnych, muzycznych światów i sprawnie adaptuje do hardcore’owej formuły. Pozostając przy tym całkiem autentyczny.

Płyta ukaże się już wkrótce (marzec?) staraniem zespołu (a konkretnie perkusisty) we współpracy z Trującą Falą, co warto docenić – nic mnie tak nie cieszy jak szacunek do słuchacza i dbałość o własne wypociny. A skoro jeszcze są na tak dobrym poziomie, grzechem byłoby zostawiać je tylko i wyłącznie w czeluściach Internetu. Zatem – chwalić się i wydawać. Byle szybko, czego zespołowi życzę uprzejmie.

Arek Lerch

Pięć