MARISSA NADLER – Strangers (Sacred Bones/Bella Union)

Ubieramy garnitury i udajemy się na seans z nową płytą amerykańskiej songwriterki Marissy Nadler, która w Polsce kariery nie zrobi, choć zważywszy na status Moriah Woods, być może parę osób postanowi sprawdzić młodą artystkę. Młodą, ale już doświadczoną, bo „Strangers” to jej któraś tam płyta, będąca jednocześnie wyjściem z typowo akustycznej niszy w stronę bogatszych aranżacyjnie rejonów. Płyta ciekawa, nastrojowa, choć jednocześnie taka, do której łatwo dokleić słówko „retro”. Niezależnie co będzie poprzedzało.

Na początek uwaga – miłośnicy mocniejszych, zakreślonych grubą kreską piosenek, w których każdy instrument głośno dobija się do ucha, mogą sobie „Strangers” darować bo to muzyka bardzo wyciszona, delikatna, zinstrumentowana bogato, choć raczej subtelnymi barwami. Być może właśnie dlatego przylgnął do krążka ten cały pierdolnik z nazewnictwem, bo nikt już nie jest w stanie określić co to nu gaze, gdzie zaczyna się oldskulowy dream pop, a kiedy mamy do czynienia z owym „retro”. Tu w zasadzie wszystko pasuje. Folkowe melodie i spokojny, wycofany śpiew są inkrustowane całą plejadą dźwięków, które z lubością sadowią się na drugim a często i trzecim planie. W pierwszym momencie uszy przywykłe do hałasu niczego nie usłyszą. Potem zaczynają się wyłaniać misterne konstrukcje. To nadal głęboko zakorzeniona w amerykańskiej tradycji piosenka, choć tym razem Marissa i koledzy śmielej poczynają sobie z aranżacjami. Nie ma sensu szatkowanie płyty na poszczególne kawałki i wywlekanie aranżacyjnych wnętrzności. Choć i tak to zrobię…Marissa i dom

Największą zaletą, będącą jednocześnie swoistą grą prowadzoną ze słuchaczem, jest umiejętność zacierania gatunkowych granic. Podczas lektury płyty cały czas miałem wrażenie, że Marissa kryje się gdzieś w półmroku, schowana w swoim świecie, gdzieś z tyłu sceny i niechętnie dzieli się swoją muzyką. Stąd właśnie potrzeba owego garnituru, bo jakoś tak głupio włazić w ten intymny świat w krótkich spodenkach. Skoro jednak już tu wdepnęliśmy… Głównie mamy prawie – ballady. W „Katie I Know” wita nas tripowy bit i rozmarzony śpiew. Po chwili można wyłapać drgające, elektroniczne tło. Tło, które na tej płycie robi niesamowitą robotę. Szczególnie, kiedy próbuje zmienić smak kompozycji – „Hungry Is The Ghost” byłby zwykłym, nostalgicznym kawałkiem gdyby nie dziwne, szumiące hałasy z tyłu, które tworzą ciekawy kontekst. Z kolei „All the Colors of the Dark” (swoją drogą – co za gotycki tytuł…) to symfonicznie potraktowany szugejz. „Skyscraper” zwodzi nas akustycznym wstępem, który stopniowo rozwija się w mocny, podbudowany świetnym basem transik, w którym Marissa brzmi niczym Jarboe. Pierwsza cześć płyty obfituje moim zdaniem w najciekawsze rozwiązania, jakby artystka chciała na odczepnego dać słuchaczom te mocniejsze rzeczy, zaś w drugiej połowie robi się jakby bardziej klasycznie i przytulnie; pojawia się blues (wałek tytułowy), trochę mroku w „Waking” i wreszcie typowa, akustyczna songwriterka na koniec („Shadow Show Jane” czy „Dissolve”).
W sumie powstała przyjemna, nieco zahukana i wycofana muzyka, która nadaje się do kontemplacji domowej. Uważam, że absolutnym przestępstwem jest słuchanie muzyki na kiepskim sprzęcie, słuchaweczkach – pchełkach itp. gównie, jadąc na rowerze wśród warczących aut – wtedy szanse na wychwycenie całego pochowanego po kątach i panoramach bogactwa maleją o jakieś 80%. Ale może właśnie ta nieliczna grupa, która traktuje słuchanie płyt jak coś w rodzaju nabożeństwa jest targetem Marissy Nadler? Być może brzmi to zarozumiale, ale co mi tam. Muzyka jest w jakimś sensie sacrum. „Starngers” fajnie się w tej kategorii odnajduje.

Arek Lerch

Pięć