MARDUK – Serpent Sermon (Century Media)

Ten zespół od dłuższego czasu musi zmagać się z marudzeniem własnej publiczności. Jedni narzekają na to, że Marduk już nie ejakuluje blastami z prędkością klatek filmowych na sekundę, drudzy – że nie trzepie klonów przełomowego albumu „Rom 5:12”, inni z kolei ujadają, że bez Legiona za mikrofonem to już nie to samo. Wdawanie się w polemikę z zarzutami tego kalibru to rozrywka intelektualna tych samych lotów, co spór o to, czy Slayer jest lepszy od Metalliki. Zamiast zatem toczyć jałowe dysputy, od razu lepiej stanąć twarzą w twarz z dwunastym opusem blackmetalowej dywizji i stopniowo oswajać się z bijącym od niego smrodem gnijącej padliny.

Stopniowe oswajanie się to zresztą chyba dobre określenie tego, jak powinno się podejść do zawartości „Serpent Sermon”. Nie należy bowiem spodziewać się po dwunastym dziele Szwedów, że już w trakcie pierwszego odsłuchu pochłonie nas w całości, albo nie spodoba się wcale; że teraz albo nigdy. Kto choć raz weźmie tę płytę w obroty na swym patefonie, zrozumie, o czym piszę… Ekipa Morgana popełniła album ze wszech miar reprezentatywny, mogący służyć za swoistą wizytówkę twórczości Marduk. Album stanowiący syntezę wszystkich charakterystycznych pierwiastków, które przez lata w różnym natężeniu przewijały się w brzmieniu zespołu. Nie warto się więc spieszyć z jego konsumpcją. Skrajnie rozpędzone, gwałtowne niczym burza z gradobiciem pieśni destrukcji („Messianic Pestilence”, „Gospel of the Worm”) są w stanie zaspokoić wilczy głód wszystkich wspominających z rozrzewnieniem mordercze dokonania grupy ze schyłku poprzedniego millenium. Melodyjne zacięcie otwierającej całość kompozycji tytułowej przywodzić może na myśl to, co działo się na „La Grande Danse Macabre” i „World Funeral”. Z kolei dysonanse w singlowym „Souls for Belial”, „M.A.M.M.O.N.” oraz niespokojny trans „Temple of Decay” to w prostej linii przedłużenie poczynań, które znamy z trzech ostatnich wydawnictw. Pewne cechy pojawiły się jednak na tej płycie po raz pierwszy, a przynajmniej na niespotykaną poprzednio skalę. Jeśli miałbym wskazać jeden pierwiastek, któremu „Serpent Sermon” zawdzięcza swój odrębny charakter w dyskografii Marduk, bez wątpienia postawiłbym na majestat, bijący przede wszystkim od dumnie wybrzmiewającego refrenu „Into Second Death” oraz zamykającego album, ponuro sączącego się hymnu „World of Blades”. Numery, chcąc nie chcąc, wyszły tym razem też stosunkowo chwytliwie i przystępnie, co równoważone jest nad wyraz oszczędnym brzmieniem. Mimo tej surowej produkcji, materiał nie traci nic z przejrzystości – prócz wyraźnie atakujących gitar, bez problemu słychać też basowe pochody, które niejednokrotnie mają swój udział w eksponowaniu melodii. Wrażenie dopełnia wreszcie sam tytuł płyty. Decydując się na seans z dziełem noszącym nazwę „Kazanie Żmii”, można przecież słusznie oczekiwać samej esencji przekazu, mającego początki jeszcze w kultowym „Fuck Me Jesus”, a oszlifowanego za sprawą choćby wspomnianego „Rom 5:12”. I wiele rzeczy, z pełznącymi z ust Mortuusa chorymi modłami na czele, zdaje się te oczekiwania potwierdzać.

Koniec końców, Marduk składa na nasze ręce materiał w istocie przekrojowy, czerpiący po trochu z każdego okresu twórczości formacji. Niebędący przełomem, lecz zrobiony z absolutną klasą i szlachetny. Czy to zamierzone działanie, mające uciszyć niezadowoloną publikę? Nie sądzę. Morgan i spółka to chyba ostatni zespół, który podejrzewałbym o chęć przypodobania się komukolwiek, czy wolę kompromisu. A że „Serpent Sermon” na długo zamknie niejedną paszczękę, to swoją drogą.

 

Cyprian Łakomy