MARDUK – Iron Dawn (Regain Records)

Na tym paskudnym świecie pewne są podatki, śmierć, płaca minimalna (choć i to nie zawsze) oraz… Marduk. Od wielu, wielu lat zespół Morgana, czy ktoś tego chce czy nie, nagrywa dość regularnie kolejne płyty, które są całkiem pewnym fundamentem black metalowego, konserwatywnego odłamu gatunku. I choć na zawsze pozostanę już fanatykiem najlepszego, przełomowego dla zespołu albumu „Rom 5:12”, muszę pogodzić się z faktem, że Marduk znowu wraca do swoich korzeni.

Krótka płytka – krótkie podsumowanie. Przygotowany materiał ma zapewne umilić fanatykom oczekiwanie na duży krążek. Te trzy kawałki są wszystkim, czym chce być na dzień dzisiejszy szwedzki diabeł. Czołg na okładce, wszechobecne odgłosy wojennej zawieruchy między kawałkami, druga część hołdu dla walczącej stolicy Polski i bezlitosny atak – tyle można powiedzieć o tych nagraniach. Dwa pierwsze kawałki, czyli  „Warschau II – Headhunter Halfmoon” i „Wacht Am Rhein- Drumbeats of Death” to klasyczny, mardukowy czad. Blasty, zimne jak szwedzka zima riffy i jedyny w swoim rodzaju wrzask Mortuusa, który nadal jest – zdaniem piszącego – największym atutem zespołu. Ten gość faktycznie, szczególnie w wersji live, może przestraszyć. Muzycznie te dwa numery nie zaskakują. Obok wspomnianej we wstępie płyty stanąć nie mogą, ale są chyba naturalną konsekwencją „Wormwood”.  Odmianą (oddechem?) jest zamykający krążek song „Prochorovka – Blood And Sunflowers”.  Jak można się było spodziewać, to wolny, ociężały, lekko psychotyczny walec, miażdżący ponurą, grobową atmosferą. Warto zwrócić też uwagę na fajny miks – odwrócenie proporcji, czyli ustawiona niemal monofonicznie gitara i rozszerzone w panoramie bębny brzmią całkiem ciekawie. Taki Marduk podoba mi się dzisiaj chyba bardziej niż ten rozpędzony do granic przyzwoitości. I choć wspomniany song nie jest może szczytem możliwości grupy to i tak mam nadzieję, że tego typu eksperymentów na nowej płycie będzie sporo.

Trudno mi z tych trzech kawałków wysnuć jakąś wiążącą teorię odnośnie kondycji zespołu. Wiem, że stoi na swoim, wysokim poziomie, ale czy jeszcze zaskoczy? Bo właśnie owych nowości, na które przecież na tak niezobowiązującej ep – ce mógł się porwać, brakuje mi tu najbardziej. Odnoszę wrażenie, że Morgan nadal ma lekką traumę po wydanym w 2007 roku albumie „Rom 5:12” i robi wszystko, by na powrót stać się ikoną czystego stylistycznie i ideologicznie, szwedzkiego black metalu, skupionego pod sztandarem z wizerunkiem wilka wpisanego w pentagram. Na razie idzie mu nieźle…

Arek Lerch 3,5