MANTAR – Ode To The Flame (Nuclear Blast)

Z założenia metal miał być muzyką prostą i bezczelną, w której powinny być zaklęte najbardziej pierwotne instynkty. Agresja, bezpośredniość, wkurw – tak to powinno z grubsza wyglądać. Sterylne brzmienie? Bleh. Rozbudowane kompozycje? Nie są nikomu potrzebne. Techniczny puryzm? Nuda. Liczą się siła i emocje. Chłopaki z Mantar nawet nie tyle co doskonale o tym wiedzą – oni wręcz stoją w pierwszym rzędzie metalowych neandertali. No i mi to pasuje.

Powiedzieć, że „Ode To The Flame” to brudna płyta, to tak jakby stwierdzić, że Smart jest idealnym samochodem na rodzinny wypad nad morze. To nie jest brudna płyta. To jest wzorzec brzmieniowego syfu, album, na którym każdy dźwięk się lepi i którego sound można ciąć husqvarną. Rzadko się spotyka wydawnictwa, które brzmiałyby tak obskurnie. To czysty dźwiękowy kanał.

Oczywiście, nie jest to tylko kwestia samej produkcji. Nawalić tonę gruzu w głośniki to jedno, a obtoczyć muzykę w tak gęstą atmosferę to drugie. Mantar ta sztuka udała się w stu procentach. Niemcy świetnie mieszają sludge z black metalem, dorzucają do tego szczyptę punkowych temp i trochę rock’n’rolla w riffach. Innymi słowy – ciężar niemal łamie kości, ale z pewnym potencjałem rozrywkowym; jest mnóstwo siarki i mroku, ale przy tym przez większość czasu łeb lata jak na sprężynie. Atmosfera jest zdecydowanie rynsztokowa, a „Ode To The Flame” zdaje się być płytą wprost stworzoną do spacerów po tych mniej reprezentatywnych rejonach dużych miast. Nawet jeśli tematyka tekstów niekoniecznie to sugeruje, atmosfera drugiego albumu Mantar jest bardzo uliczna. Sprawia to zarówno tona dźwiękowego syfu, jak i ten punkowy sznyt, w którym wyraźnie umazana jest „Ode To The Flame”. Co ciekawe, jest to przy tym muzyka całkiem przebojowa – sprawdźcie „Praise The Plague”, „Era Borealis” czy „Cross The Cross” – te utwory naprawdę wpadają. Drugi z wymienionych, dzięki bardzo prostemu i przy tym nośnemu refrenowi, nuciłbym sobie przy goleniu. Gdybym się golił, oczywiście.mantar

Właściwie jedyną wadą „Ode To The Flame” jest lekki spadek napięcia pod koniec albumu. Za wyjątkiem wspomnianego „Cross The Cross”, mniej więcej od połowy, krążek jakby siada. O ile utrzymany zostaje brud i ogólna atmosfera, tak zaczyna nieco brakować chwytliwości, która jest mocnym punktem kilku początkowych utworów. Zarzut to sam w sobie minimalny, bo choć fajne refreny są fajne, w muzyce Mantar najważniejsza jest dźwiękowa smoła. Tej – na całe szczęście – do końca nie brakuje.

Takich płyt, jak drugi album Niemców z Mantar jest chyba za mało. To albumy bezczelne, proste i zagrane jakby od niechcenia. To właśnie te cechy sprawiają, że „Ode To The Flame” to tak zajebista płyta. Niby jest tu kupa mroku, ale jest to taki mrok zupełnie niezobowiązujący, bez żadnej napinki, groźnych min i tego typu zabiegów. Trochę jakby takie delikatne oczko puszczone do słuchaczy. Zresztą, nawet patrząc na fotki tych gości, wydaje mi się, że więcej w tym wszystkim zabawy niż jakiejś realnej pozy. Podobnie jest z samą muzyką – też chodzi o zabawę, ale tylko pod warunkiem, że lubicie się bardzo ubrudzić.

Michał Fryga

Pięć