MAN’S GIN – Rebellion Hymns (Profound Lore)

„Nie łapie za jajca tak, jak poprzednia, ale ma parę takich motywów, że serce pęka na kawałki.” Tak o tej płycie wypowiedział się Bartek Cieślak i nawet sugerowałem mu, żeby to on napisał tę recenzję, bo mnie samemu nie uda się chyba lepiej jej opisać, a już na pewno nie tak trafnie w tak małej ilości słów. Zawartość „pieśni rebelii” jest jednak na tyle bliska mojemu stanowi ducha, że chyba nie darowałbym sobie, gdybym oddał tutaj pola komuś innemu. Już taki jestem zimny drań.

Niezbyt często się zdarza, żeby muzyk metalowy próbował swoich sił w innej stylistyce i nie było to śmieszne, bądź w najlepszym razie nieporadne. Jednak Eric Wunder nie tylko wyszedł z tej próby obronną ręką, ale wręcz udało mu się pod szyldem Man’s Gin przebić dokonania jego macierzystego zespołu. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię Cobalt, ale do żadnej ich płyty nie wracałem tak często jak do wydanej w 2010 roku „Smiling Dogs”. Co prawda twórczość Man’s Gin potraktować można jako rozwinięcie wątków, które pojawiały się już na wydawnictwach takich jak „Gin” (choćby „Dry Body”), ale byłoby to chyba zbytnie uproszczenie. W każdym razie ani „Smiling Dogs” ani „Rebellion Hyms” nie sprawiają wrażenia lektury uzupełniającej do dyskografii Cobalt. To zupełnie inna bestia i równie trudno ją okiełznać. A może nawet trudniej, choć z pozoru jest bardziej przyjazna.

Na „Rebellion Hymns” mamy do czynienia z nieco większym rozmachem brzmieniowym niż w przypadku debiutu, ale paradoksalnie jest to płyta bardziej surowa i na swój sposób szorstka. Wciąż jednak są to utrzymane w amerykańskiej tradycji ballady, które równie mocno czerpią z twórczości outsiderów pokroju Michaela Gira co z tych bardziej nastrojowych nagrań herosów epoki grunge. Piosenki, które tak samo dobrze sprawdziłyby się w zadymionym barze w ubogiej dzielnicy, co w jakimś zapomnianym zakątku świata, gdzie jedynym akompaniamentem byłaby stara akustyczna gitara. Refleksyjne miniatury dla skwaszonych facetów oglądających świat przez dno kieliszka. Wypełnione emocjami, ale bez popadania w mazgajstwo. Melancholijne, ale nie płaczliwe. Nieogolone, niewyspane i cuchnące alkoholem wypitym dzień wcześniej.

I choć nie jest to muzyka, która naładuje energią na kolejny dzień, to może na chwilę ukoić zmęczone dusze klientów tego nieistniejącego baru, w którym spotykają się kłamcy, złodzieje, mordercy i innego rodzaju pospolite chamy. Być może robiąc kolejny mały rachunek sumienia pomiędzy jednym kieliszkiem a drugim zapomnimy dzięki niej o tych kilku grzechach, które przechylają szalę na stronę wiecznego potępienia i spojrzymy w lustro bez grymasu niechęci. A jeśli nie, to zawsze przecież można wychylić jeszcze jednego kielicha i pomyśleć o czymś przyjemnym.

Michał Spryszak 

Sześć