MAN MUST DIE – Peace Was Never an Option  (Lifeforce)

Szkoci z Man Must Die to band, o którym w ostatnim czasie jest głośno. Chwalą ich zachodnie magazyny, ciepłych słów nie szczędzą muzyczni blogerzy, słowem zespół ma dziś bardzo dobrą prasę. Sięgnąłem po kolejną produkcję ze znajomym logo, mając w pamięci poprzedni (również chwalony) album zespołu „No Tolerance for Imperfection”, który trochę mnie zawiódł. Czwarty duży krążek MMD może być dla tych sympatycznych Szkotów dziełem przełomowym; może i nie ma tu mowy o wyznaczaniu nowych trendów, ale jest, ni mniej, ni więcej własny, doprowadzony niemal do perfekcji, styl. Mocna, ciekawa płyta, ale osobiście uważam, że stać ten band na jeszcze więcej…

„Peace Was Never…” to płyta bardzo dojrzała i wyważona. Podoba mi się, że Man Must Die konsekwentnie podąża w kierunku swoistego, złotego środka jakim dla tego zespołu wydaje się być połączenie ultra szybkich blastów, death/grindowych, brutalnych strzałów i powtykanego gdzie się tylko da melodyjnego groove. W sumie nie jest to nic oryginalnego, ale tym materiałem band wyznacza nowe standardy takiego grania. Dwanaście skrojonych z niemal chirurgiczną precyzją hitów po prostu rozrywa na strzępy; dawno już nie słyszałem muzyki, która oparta na death/grind’owym fundamencie byłaby aż tak lotna, tak precyzyjnie szalona. Każdy dźwięk ma tu swoje miejsce, perfekcyjnie wykręcone brzmienie wbija w fotel a mimo to przy całej tej sterylności i co tu dużo mówić, reżyserskiej niemal konsekwencji, jest to nadal granie do szczętu wręcz szalone i furiackie. Tyle, że szaleństwo nie tkwi tu w bezpośrednio atakujących słuchacza blastach i growlach lecz we wszystkich smaczkach, których zespół wykorzystał całe mnóstwo. Gdy słucham doskonale tnących acz ciągle natrętnie melodyjnych gitar na myśl przychodzi mi dziki i nieokiełznany thrash – jest to tylko jedno z wielu skojarzeń gdyż równie dobrze można się tu doszukać tradycyjnie death’owych korzeni jak i core’owych wpływów. Jedno jest pewne – już w samej sferze gitar (zarówno brzmienia jak i riffów) dzieje się tak wiele, że z pewnością nie jest to płyta na jedno czy dwa posiedzenia.

„Peace Was…” to krążek prawie godzinny, chcąc nie chcąc muszę pochwalić zespół za to, że przy tak intensywnym materiale potrafił znacząco zróżnicować poszczególne kompozycje dzięki czemu współczynnik słuchalności jest tu bardzo wysoki. Całość oczywiście bardzo spójnie melduje się w działeczce death/groove,  ale każdy z numerów ma coś co wyróżnia go na tle kolegów z szeregu. Weźmy choćby melodyjnie brutalny, koncertowy pewniak „Antisocial Network” czy swoiste grande finale w postaci najcięższego i najdłuższego w całym zestawie „The Day I Died”. Inteligentne pomysły, zestawienia kontrastów, melodie, połamane rytmy i po raz drugi napisać muszę, że bez dwóch zdań nie jest to płyta do jednorazowego użytku.

Man Must Die to dziś zespół bardzo świadomy broni jaką trzyma w łapach i co jeszcze ważniejsze, bardzo interesująco jej używający. W dzisiejszych czasach pojęcie oryginalności w kontekście death metalu praktycznie nie istnieje, ale Man Must Die przynajmniej próbuje obrócić trupa na najmniej zepsutą, względnie świeżą stronę.

Wiesław Czajkowski

Pięć