MAMA SELITA – 3, 2, 1…! (Aloha Entertainment/Fonografika)

Mama Selita to zespół, który – na całe szczęście – nie wpisuje się w żadną scenę, stoi sobie z boku i może właśnie dzięki temu gra tak fajną, relaksacyjną muzykę. Oczywiście, styl, uprawiany przez warszawiaków jest nieco archaiczny (dla przypomnienia – „Evil Empire” RATM to rok 96…), ale Mama gra tak soczyście z przekonaniem i profesjonalnie rozrywkowo, że nie mogę się od płyty oderwać.

Najprościej byłoby wsadzić muzykę z „3,2,1…!” do worka z napisem rap-core, jednak w przypadku Mama Selita sprawa nie jest taka jednoznaczna. Szkielet – jak najbardziej. Proste, ale niesamowicie bujające rytmy, bardzo żywe brzmienie (Marcin Bors tym razem bez eksperymentów) i świetna praca gitarzysty robią swoje. Każdy kawałek to perełka przesiąkniętego pulsacją funk, rockowego uderzenia. Dodatkowo, rapujący wokalista.

Zacznijmy zatem od pana Igora Seidera. Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem fanem spodni z krokiem w kolanach tudzież rytmicznej gadki, jednak głuchy też nie jestem i jeśli ktoś ma ową iskrę i pomysł, zawsze staram się to doceniać. Tak jest właśnie z Igorem. Rapuje niewymuszenie, ma idealny flow a teksty są poetycko – filozoficzne a nie uliczno – kloaczne. Nie ukrywam też, że pierwsze skojarzenie, jakie mi  się nasuwa, to Fisz. Podobna jest metoda, podobny efekt. Znakomity w dodatku, bo gdy słucham Mamy, wcale mi rapowanie nie przeszkadza, tym bardziej, że często łapie fajną melodię i buja nie gorzej od muzyki. Ta ostatnia zaś zbudowana jest na solidnych kompozycjach, które są w wielu miejscach mało oczywiste, sięgają po harmonie w takiej stylistyce niespotykane. Jednocześnie, obok typowych, mocarnych, rytmicznych betonów, mamy sporo prób wyjścia poza schemat i to wyjścia udanego. Przykładem może być genialny utwór „Dobranoc” – bałbym się używać tu słowa ballada, jednak nastrój, spokój emanujący z tej kompozycji taki właśnie ma charakter.  Każdy utwór zbudowany jest na odrębnym pomyśle, panowie obsługujący struny radzą sobie znakomicie a wszystko jest pięknie i idealnie zgrane.

Przyznam, że od lat nie słyszałem zespołu, który taką muzykę robi z głową, dzięki czemu udaje mu się oderwać od rapcore’owego getta i uciec tym samym przeszłości. Co jeszcze bardziej cieszy – zespół pochodzi z Polski, a to kolejny powód do dumy. Nie sądzę, że panowie w 2012 roku zrobią jakąś oszałamiającą karierę, jednak mam wrażenie, że znajdą dla siebie miejsce na naszym rynku, gdzie takich bezpretensjonalnych zespołów środka (co można różnie tłumaczyć…) najzwyczajniej w świecie brakuje. Jeśli chcecie się zabawić bez „dopalaczy” – polecam „3,2,1…!”.

 

Arek Lerch