MALOKARPATAN – Stridžie dni (Hexencave Productions)

Jak to się dzieje, że zespoły takie jak Malokarpatan funkcjonują gdzieś na uboczu, znane garstce ludzi, podczas gdy zupełnie zwyczajne i przewidywalne muzyczne twory brylują we wszelkiego rodzaju listach i podsumowaniach, łamią serca fanów i pustoszą ich portfele? „Where is justice? Where is punishment?”, pytał Dolph Lundgren w kultowej ekranizacji „The Punisher” i każdy tak jak on doskonale zdaje sobie sprawę, że tę sprawiedliwość wymierzyć mogą tylko zwykli, prości ludzie, tacy jak my.

Malokarpatan łączy black metal z czymś w rodzaju lokalnego folkloru. Na szczęście, ów folklor nie przejawia się tym, że jakaś długowłosa blondyna w stroju ludowym gra rzewne melodie na flecie. Owszem, pojawiają się tu elementy muzyki ludowej, czy jak kto woli folkowej, ale przywodzą na myśl raczej bandę pijanych muzykantów z jakiejś podrzędnej karczmy. Taki też jest zasadniczo klimat tej płyty, ale rdzeń tej muzyki nawiązuje do twórczości Bathory (okres „Under The Sign Of The Black Mark”), Venom i Darkthrone, a wszystko to podszyte jest bezczelnością i szaleństwem przypominającym mi pierwszy album amerykańskiego Negative Plane. Ze względu na język, jakim panowie się posługują, nie sposób też uniknąć skojarzeń z Master’s Hammer. Malokarpatan wydaje się nieco bardziej szalony od ekipy Franty Storma i więcej w tej muzyce mroku, ale też sporo tu humoru, o czym świadczą tytuły utworów w rodzaju „Kýho besa mi to tá stará ohyzdná striga do pohára nalála”.M band

Zabawne, że Słowacy bezczelnie kradną riffy od starszych kolegów, a jednocześnie pozostają oryginalni, bo umieszczają ją w kontekście czegoś bardzo swojskiego. I może nie należałoby powiedzieć „kradną”, a „cytują”. W każdym razie wychwytywanie na „Stridžie dni” znajomych pomysłów nie irytuje, a cieszy. I nawet przy nieco nietypowym podejściu do blackmetalowej materii, Malokarpatan pozostaje bardziej metalowy niż niejeden popularny zespół wymachujący dumnie sztandarami gatunku. Doceniam też to, że obecne w tej muzyce elementy ludowe nie trącą cepelią i nie trzeba się obawiać, że w środku jakiegoś kawałka zapieje nagle kogut. Okazuje się więc, że można oddać klimat wsi w taki sposób, żeby nie była to wiocha. Mnie nie są potrzebne do szczęścia obrazy, na których rozmarzone dziewoje gapią się na babie lato. Diabelsko-pijacka rozróba w karczmie pasuje mi zdecydowanie bardziej.

Na „Stridžie dni” diabeł jest przez cały czas obecny i jest dokładnie tak straszny jak go malują. Mimo tego ma się ochotę na kilka piw w jego towarzystwie, choć wiadomo, że nie może się to skoczyć dobrze. Cóż, jeśli ktoś się boi, to niech lepiej zostanie w domu, wśród dźwięków znajomych i oswojonych. Pozostałym ten dziwny diabeł chętnie naleje ze swojego dzbana i umili czas strasznymi opowieściami.

Michał Spryszak

Pięć i pół