MALEVOLENT CREATION – Dead Man’s Path (Century Media)

Z tymi panami znamy się długo. Właściwie to mogę powiedzieć, że to jeden z najważniejszych dla mnie zespołów. Z tych, których dyskografię znam na pamięć i mogę bez problemu dyskutować o tym, która płyta jest najlepsza i dlaczego. Mogę też od razu napisać, że „Dead Man’s Path”, dwunasta już płyta w karierze Malevolent Creation, niewiele do takiej dyskusji może wnieść.

Czytałem wypowiedzi sympatyków zespołu, że na tym albumie czuć drugą młodość i że jest to powrót do czasów debiutu. Bardzo bym chciał, żeby tak było, ale jest to raczej typowa ekscytacja wynikająca z przejścia muzyków do nowej wytwórni i związanej z tym, nieco większej niż zwykle promocji. Albo po prostu ślepa miłość wiernych fanów. Wiem, jestem stary, zblazowany i jeszcze do tego złośliwy, ale naprawdę nie widzę powodu, aby popadać w przesadne uniesienie w związku z tą muzyką. Nie zrozumcie mnie źle, „Dead Man’s Path” to dobry album. Chwilami nawet bardzo dobry, bo Phil Fasciana zawsze potrafił pisać zabójcze riffy, a pozostali muzycy z niejednego pieca wciągali nosem mąkę. Obok tych świetnych pomysłów pojawiają się jednak nijakie, trącące szwedzkim black metalem melodyjki, które sprawiają wrażenie typowych wypełniaczy. I łapię się na tym, że czekam na kolejne zwolnienie i jakiś bardziej przebojowy fragment, bo jako całość nie wciąga mnie to tak jak powinno. Brzmienie płyty jest bardzo dobre, ale też nie z gatunku tych, przed którymi padać będziemy na kolana i stawiać jako święty wzorzec nagrywania death metalu.MC band

Dla mnie jest to niestety ten sam syndrom, co w przypadku innych deathmetalowych weteranów, którzy wydali w tym roku płyty. Albumy cieszące zagorzałych fanów, ale odstające poziomem od największych dokonań, bo nie da się przebiec całego dystansu na pełnej… no, sami wiecie. Jest doświadczenie, profesjonalizm i pewność siebie, ale brakuje młodzieńczej werwy oraz tej odrobiny chaosu i zmagania z materią, które wyciska z muzyków więcej niż zwyczajowe 80% normy. I, o ile Malevolent Creation nigdy nie nagrało płyty słabej, o tyle nie postawiłbym „Dead Man’s Path” obok „The Will To Kill” czy „Envenomed”, a o pierwszych czterech ich krążkach już nawet nie wspomnę. Ale poziom „Warkult” czy „Invidious Dominion” został utrzymany, więc fani i tak będą mieli dużo radochy.

I znów pojawia się myśl, że może po tylu latach nie należy oczekiwać od zespołów wydania płyty redefiniującej ich twórczość, tylko cieszyć się, że jeszcze „dają radę”. Ba, nikt chyba nie chciałby, żeby Malevolent Creation nagrało swoją odpowiedź na Illud Divinum Insanus (przypomnę remiksy z ep-ki „Joe Black”), albo zaczęło grać fusion, czy inne pierdoły. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że przy okazji recenzowania ich kolejnej płyty nie wystarczy mi skopiowanie tego tekstu z innym tytułem w nagłówku.

Michał Spryszak

Cztery i pół