MAKO SICA – Invocation (Instant Classic)

Słyszałem ostatnio pierwsze, może dosyć jeszcze nieśmiałe, głosy, że roku takiego, jak ten poprzedni, magiczny, Instant Classic nie zdoła już powtórzyć, choćby nie wiem co. Cóż, patrząc na sytuację w racjonalny sposób, ciężko temu stwierdzeniu zaprzeczyć. Pozostaje pytanie, czy ktoś naprawdę oczekiwał innego obrotu spraw, krócej mówiąc – niemożliwego? Całe szczęście, patrząc na rzeczywistość w kontekście szerszym, niż zwyczajowe białe-czarne, otrzymujemy wciąż nie najbrzydszy obraz.

Owszem, zdaję sobie sprawę z faktu, że po rewelacjach, jakie działy się za sprawą wspomnianego labelu w roku ubiegłym, wszystko niemal wyglądać może na znaczące spowolnienie tempa. Warto jednak pamiętać, że, mimo powierzchownego wrażenia chwilowej posuchy, światu ukazały się w ostatnich miesiącach krążki tak dobre, jak split ARRM z Lonker See, „New Ways To Feel Bad” Guiding Lights czy „Somewhere” projektu New Rome. Wiem, mamy połowę roku, a wymienione albumy świata raczej nie zmienią, lecz umówmy się – za wcześnie, by ogłaszać nastanie postu. To chwilowa cisza, nie można bowiem oczekiwać bezustannego zasypywania publiki nowymi wydawnictwami tych nowatorskich, poszukujących i rewolucyjnych, jednym słowem – ważnych. Taka konstelacja zrodziła się ostatnio, kto wie, czy nie będąc fenomenem zdarzającym się raz na X lat. Czy nie zanadto się rozpuściliśmy? Ostatecznie, nie każda płyta będzie płytą roku, objawieniem, nie każda burzyć musi zastany porządek czy aspirować do bycia stawianą za wzór godzien powielania. I – co tu dużo mówić- „Invocation” tegorocznego trendu zmienić nie zdoła, ba, jestem przekonany, że za parę miesięcy nikt nie będzie o niej pamiętał. To, niestety, jeden z najciemniejszych odcieni szarości, coś poważniejszego, niż niedobór geniuszu. Sprawdzą się w roli ciekawostki – Mako Sica to bowiem skład polski jedynie po części, co w szeregach Instant Classic z miejsca czyni go wyjątkowym.MS

Sam krążek, natomiast, absolutnie nie nosi znamion wielkości. To przedziwna mieszanka bluesa, jazzu i czegoś na kształt rocka. Inwokacja wznoszona gdzieś w chicagowskim garażu. Rozmyta, przytłumiona, raczej niewyraźna. Kto wie, może wzywane przez grupę bóstwo inspiracji nie upodobało sobie piwnicznych warunków i w tym właśnie fakcie upatrywać należy źródeł przeciętności tego materiału? Że są to transy, nie ulega wątpliwości – grupie udaje się wprowadzić mnie w stan nieszkodliwego otępienia, hipnozy niemalże i nie trzeba czekać długo, nim poszczególne utwory zaczną zlewać się w jedną całość. Napięcie wiszące w powietrzu materializuje się tutaj parę ledwie razy, pozostawiając po sobie niedosyt rozmyty w gitarowym brzęczeniu, plemiennych zaśpiewach, nieśmiałych bębnach i jakby orientalnych smaczkach. W założeniu miało być chyba tajemniczo, lecz, mimo najszczerszych chęci, nie umiem utożsamić się z chicagowskim rytuałem. Głowa z rzadka podrywa się z letargu, budzona noise’owymi momentami chaosu i bezładu – te właśnie chwile trzymają „Invocation” przy życiu, giną jednakże w dominujących cały krążek podróżach prowadzących donikąd. Trochę szkoda, bo mieszanka to z pozoru wybuchowa, a, jak mawiał klasyk, momenty niewątpliwie były. Mam wrażenie, że grupie czegoś zabrakło, choć tego zagadkowego elementu nazwać niestety nie umiem. Jakby bardzo mało dzieliło płytę dobrą od złej. Cóż, może następnym razem…

Adam Gościniak

Dwa i pół