MAJOR KONG – Doom Machine

Czasami zastanawiam się, dlaczego jedne zespoły rozpadają się po nagraniu dziesięciominutowej demówki a inne potrafią latami robić razem kolejne materiały. Chemia? Magia? Pragmatyzm? Trudno powiedzieć, ale opisywany tu Major Kong to przykład dobrego współistnienia chyba wszystkich, wymienionych wyżej elementów. Inaczej nie byliby w stanie dobrnąć do trzeciego w swojej historii materiału.

Instrumentalny rock, a w szczególności masywne, doom/sludge’owe łojenie to trudny kawałek rzemiosła. Nie ma mowy o popisach, zwarta formuła wyklucza jakiekolwiek indywidualne wychodzenie przed szereg. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na załogi, które potrafią się w takiej konwencji odnaleźć. Major Kong miał dość czasu by nabrać krzepy i zapomnieć o jakichkolwiek pretensjach do muzycznego biznesu. Efektem jest najbardziej esencjonalny krążek tego trio. W zasadzie nie ma jakiegoś nowego kierunku, chodzi raczej o to, że zespół skupił się, by jeszcze bardziej dociążyć swoje kompozycje, docierając do samej istoty gitarowego riffu. O dziwo, efektem jest dużo bardziej klasyczna formuła, sytuująca grupę bliżej stylistyki doom metalowej. Potężny, oszczędny groove, betonowe brzmienie i dobrze eksponowane niskie częstotliwości. Jeśli szukacie wielopłaszczyznowych i rozbudowanych aranżacji – nie ten adres. Jeśli zależy Wam na zderzeniu z drogowym walcem, trafiliście w sedno tarczy. Ciekawe jest to, że materiał wcale nie nuży, choć można się tego było obawiać. Może chodzi tu o muzyczną świadomość? Zespół gra dokładnie to co chce, nie siląc się na odkrywanie Ameryki. Jest Sabbath, jest sludge, pierwotny metal, tkwiący w riffie. Archetyp gitarowego, hard rockowego łojenia w najlepszym wydaniu. I bez żadnej ściemy – jeśli gitarzysta gra solówkę, to na podkładzie czystej, łomoczącej sekcji, czyli pełny, koncertowy naturalizm. Pytanie, czy Major posunął się do przodu? Może to paradoks, ale zaletą „Doom Machine” jest właśnie lekkie uwstecznienie formuły. Tytuł płyty idealnie obrazuje jej zawartość. Słuchając muzyki mam wrażenie, że stanąłem oko w oko z apokaliptycznym monstrum, które rozgniata wszystko na swojej drodze. I o to chyba zespołowi chodziło. Gwoli ścisłości – najlepiej wypadają dwie długaśne, wlokące się kompozycje – „Planets&Suns Consumed” i „Skull of the Titan”. Jedziemy rozklekotanym, hardrockowym pociągiem wprost do lat 70 – tych…

Trzecia płyta Major Kong to przede wszystkim oferta dla koneserów gatunku, liczących na szczerą postawę i bezpretensjonalną dawkę sonicznej chłosty w starym stylu. A że ten stary styl jest dzisiaj bardzo trendy? Może dzięki temu po płytę sięgną nie tylko zdeklarowani fanatycy. W każdym razie Major nie odpuszcza, jeszcze bardziej osadzając muzykę na klasycznym fundamencie, udowadniając tym samym, że nie jest kaprysem, ale sensem życia trzech wykolejeńców. Oby tak dalej a ja wspomnianym, brodatym dewiantom życzę na nowy rok, by muzyka z „Doom Machine” ukazała się nie tylko w formie wirtualnej, ale także jako CD a w szczególności na jedynym, słusznym nośniku, czyli czarnym i trzeszczącym placku.

Arek Lerch

Cztery i pół