MAJOR KONG – Orogenesis

Zaiste, ciężka jest dola rockowych grajków w tym smutnym kraju. Jak już uda się stworzyć fajny zespół, który ma coś do powiedzenia, zaraz okazuje się, że na drodze stają przeciwności losowe, logistyczne i personalne. Tak było z Fifty Foot Woman, który w 2010 roku popisał się jedną z bardziej rasowych, sludge rockowych płyt ostatnich lat, po czym sczezł za sprawą konfliktu z wokalistą. Chłopaki tak zrazili się do krzykaczy, że postanowili kontynuować krucjatę jako instrumentalne trio. Na szczęście – z dobrym skutkiem…


Przyznam się, że mało jest zespołów, które są w stanie udźwignąć ciężar kariery bez dobrego frontmana. Major Kong na razie wygrywa tym, że „Orogenesis” to tylko pięć kawałków, co zaś będzie w przypadku płyty długogrającej? Jeśli zachowają poziom numerów typu „The Swamp Altar” czy „Orogenesis” – będzie dobrze. Jeśli polubiliście FFW, muzyka Major Kong nie będzie stanowiła dla Was problemu. Szkielet jest podobny – rasowy riff z delty Mississippi, śmierdzący tanią whiskey i sypiący w oczy pustynnym piaskiem. Kolejny raz zaskakuje niezwykła dojrzałość i „rasa” tej muzyki, brzmiącej, jakby chłopaki urodzili się w Nowym Orleanie i pili wódkę z Windsteinem czy Anselmo.  Choć oczywiście, wprawne ucho wyłowi drobne różnice, które powodują, że nie sposób pomylić Majora z FFW, pomijając kwestie wokalne. Tym elementem jest spora ilość psychodelicznego brudu – dzięki niemu propozycja zespołu jest mniej kanciasta, rozpływa się w gitarowym szumie, mającym więcej wspólnego z narkotykowym odjazdem niż alkoholową delirką. W moim rozumieniu te gitarowe odjazdy przejmują rolę wokalisty, podejmując się dialogu ze słuchaczem, czasem całkiem udanego za sprawą prawie improwizowanych fragmentów dobrze rokujących w kontekście scenicznej prezentacji (np. „The Swamp Altar” czy kawałek tytułowy…). Na szczęście, doświadczenie trójki muzyków powoduje, że dźwięki są nadal bardzo „ogarnięte”, trzymają się kupy za sprawą aranżacji nadających muzyce czysto rockowego charakteru.  Major Kong stawia na niespieszną narrację, buduje utwory z najprostszych elementów, podkreślając na każdym kroku, że liczy się kompozycja czyli całkiem chwytliwe jak na taką stylistykę riffy.

Nie da się ukryć, że zespół podejmuje się niewdzięcznej  roli udowodnienia, że bez wokalisty może zainteresować i utrzymać napięcie. Zadanie to bardzo trudne, bo bez krzykacza grupa jeszcze bardziej niż w dotychczasowej mutacji stawia się w  roli niszowej ciekawostki dla najzagorzalszych fanów gatunku. Tym samym czeka ją mordercza walka o uwagę rockowej klienteli. Osobiście mam nadzieję, że cała płyta, podobnie jak w przypadku FFW, udowodni klasę zespołu. Major Kong na to zasługuje i ma sporo asów w rękawie. Czekam na więcej.

Arek Lerch