MADBALL – Hardcore Lives (Nuclear Blast)

Niech żyje Hardcore – tak zapewne brzmiałby po naszemu tytuł nowego krążka żywej legendy z Nowego Jorku – Madball. Około 96 r. nagrali podobnie nazwany kawałek na sławetnym „Demonstraiting My Style”, trwający niecałe 3 sekundy, tym razem postanowili trochę przeciągnąć przysłowiową strunę i nakładem metalowego molocha Nuclear Blast wydają kolejny w swojej niemałej dyskografii longplay „Hardcore Lives”. Niby wszystko wydaje się być w porządku, ale czy hc rzeczywiście jeszcze żyje?  Zaraz się o tym przekonamy.

Co tu dużo gadać – Madball to Madball. Od 1988 zleciało trochę lat, a oni dalej pchają temat. Zawsze jawili mi się jako druga fala uderzeniowa nowojorskiej sceny razem z Biohazard, czy Merauder, zawsze też byli gdzieś w mainstreamie, ale pozostali wierni hardcorowym ideałom, niczym czterej pancerni powracający z wojny. Szacuneczek się należy. Po ostatnim, bardzo dobrym Empire, gdzie zaskoczyli zwłaszcza przebojowością, nie powiem, że nie byłem ciekaw, co tym razem pokażą Freddy, Hoya & Co. No cóż, może za bardzo się napaliłem, a może angina, czy cholera wie co jeszcze, siedząca mi w płucach i nieznośnie zatykająca nos, nie pozwala mi na racjonalną ocenę tego co słyszę; jakoś mi to wszystko nie do końca wchodzi. Tzn. wchodzi, ale zaraz wychodzi. Drugim uchem.

Co też niespecjalnie mi się podoba, to goście udzielający się wokalnie w trzech piosenkach – wydaje mi się to sztucznym napędzaniem zainteresowania. Kogo my tu mamy: Scott Vogel z Terror, Toby Morse – H2O i Candace Puopolo, drąca się jak stare prześcieradło w Walls Of Jericho, akurat ten numer „Born Strong” to wybitna nuda, jakby sami z siebie zrzynali. Ok, rozumiem sytuację, że zaprasza się ziomków do jednego kawałka i wystarczy, jeśli zespół sam potrafi dobrze polecieć z koksem, zwyczajnie nie potrzebuje takiego „wsparcia”. Może to moje fanaberie, ale fakt faktem, nie kupuję tego.Madball Band

Niestety, nowa pozycja Madball jest nieco na siłę. Sam jej tytuł niby nawiązuje do chwalebnych czasów, takie kawałki jak „Doc Marten Stomp”, dla mało spostrzegawczych, w skrócie „DMS”, kojarzą mi się z miejsca z logo Agnostic Front z glanami, mają być powrotem do korzeni, a wypadają blado. Jest deficyt chwytliwych zaśpiewów, hitów od razu zostających w głowie, jak to było w ich zwyczaju. Całość jest dość mocno kwadratowa i przewidywalna, a intro to bodajże najlepszy, gitarowy riff na płycie. Nie uważam zarazem, że to album totalnie beznadziejny i należałoby go w tym momencie spisać na straty, spakować do koperty i wystawić pod śmietnikiem. Osobiście mnie nie przekonuje, jak zresztą lwia część obecnych wydawnictw w scenie hc, chociaż w tym wypadku spodziewałem się czegoś więcej. Poprawne – to chyba maks co mogę z siebie wykrztusić, poza kaszlem i innymi mało przyjemnymi sprawami z tym związanymi. Kto wie, może za jakiś czas zwrócę im honor, pożyjemy – zobaczymy. Na dzień dzisiejszy mogę rzec jedno – hardcore żyje, ale chwilowo wyjechał na urlop. Tyle.

Sam Tromsa

Trzy i pół