MADBALL – Empire (Nuclear Blast)

Zamiast Imperium, płyta powinna  nosić tytuł „Zmierzch Bogów” (bez aluzji…),  bo jej zawartość jest tyleż oczywista co przewidywalna. Pod każdym względem – brzmieniowym, kompozycyjnym i estetycznym. Może jedyną nowinką jest debiutujący w nowojorskiej załodze perkusista. Który zresztą niczego świeżego do stylu grupy nie wnosi.

I od razu się tłumaczę – nie chodzi o to, że płyty słucha się źle. Wręcz przeciwnie – doskonale i każdy fan nowojorskiego hard core’a „Empire” postawi z dumą na półce. Cóż, zaczynam się tłumaczyć, a wiadomo, że to cecha ludzi winnych. Może jednak nie o winę tu chodzi a raczej o strach przed ewentualnymi konsekwencjami ze strony zespołu, który sprawy formalne lubi załatwiać jak przystało na twardzieli z NY. Pytanie brzmi – czy od zespołu tego pokroju oczekujemy czegoś tak oczywistego? Jasne, w dniu dzisiejszym Madball to już głównie sprawni rzemieślnicy, którzy kolejne krążki przygotowują według podobnego schematu. Opanowali tę sztukę do perfekcji i nikt nie zarzuci im, że odpuszczają. Dostajemy do rąk dobrze skrojony produkt, posiadający wszystkie cechy, za które byli kochani przez ostatnich dziesięć lat. Problem polega na tym, że mogę tej muzyki słuchać na żywo, ale w domowym zaciszu, kiedy nie otacza mnie bitewna wrzawa circle pitów i innych zjawisk koncertowych, wychodzi z muzyki Madball ad 2010 rażący brak nowych pomysłów. Jeśli taki ma być bóg hard core’a, ok., może być, jednak ja oczekuję czegoś nowego, czegoś, co tchnie w coraz bardziej skostniałą formułę nowe życie. Z drugiej strony, płyta pokazuje Madball takim, jaki jest, z wszystkimi cechami przynależnymi jego stylowi. Lekko metalizujące riffy, gardłowe wokale i standardową mieszankę wolnych, mosh’owych rytmów i nieco szybszych galopad. Zbliża się na tej płycie Madball do korzeni nowojorskiego grania. Nie przesadza z długością piosenek, które nierzadko oscylują koło minuty. Krótkie petardy hałasu sprawdzą się znakomicie w kontekście całej dyskografii grupy, więc płyta już na samym początku stanie się zapewne klasykiem. Z mojej strony – nie mam z tym problemu, choć, jak już podkreśliłem, brakuje tej muzyce jakiegoś nowego otwarcia. Może Madball czegoś takiego nie potrzebuje. Podobnie jak jego fani…

Arek Lerch

Trzy