MACHINE HEAD – Unto The Locust (Roadrunner)

Fani pancernych dźwięków trochę się naczekali na nowe dzieło Flynn’a i jego wytatuowanych kolegów. Zespół, który kiedy otarł się niemal o nu metalową szufladkę (szczególnie gdzieś w okresie trzeciej płyty „The Burning Red”) od lat z powodzeniem skupia się na własnej interpretacji klasycznego metalu zagranego z dużym pomysłem i niemal hard core’ową siłą. Po nieco mniej przekonującej niżej podpisanego płycie „The Blackening” grupa powraca z materiałem może nie przełomowym, ale znakomicie kopiącym w dupę jak za starych, dobrych czasów…

Machine Head miał w swojej historii kilka momentów przełomowych. Po pierwszej, żywiołowo przyjętej płycie troszkę się zagrzebał w swoich poszukiwaniach, nagrywając dziełą nie do końca przekonujące, choć dla mnie strzałem prosto w ryj był „Supercharger”. Zdziwienie wzbudził zaś fakt, że w tamtym okresie grupa była na skraju upadku. Dziwne są losy muzykantów…

Oczyszczenie przyniósł znakomity album „Throuhg the Ashes of Empires”, zaś najnowsze dzieło pokazuje, że po czterech latach oddechu zespół nadal ma moc zdolną porwać tłumy. W zasadzie grupa nie wymyśliła nic nowego, ba, jeszcze mocniej cofa się w swoich poszukiwaniach do klasycznych, heavy metalowych harmonii. Jeśli ktoś lubił nu metalowe oblicze Maszyn, może sobie „Unto the Locust” spokojnie odpuścić. Choć trzeba też przyznać, że metalowe wątki podane są z tradycyjną dla MH, hardcore’ową siłą. Nowa płyta to przede wszystkim znakomite aranżacje długich, rozbudowanych utworów – „I Am Hell” czy „Who We Are” i „Pearls Before the Swine” to majstersztyki a dzieje się w nich tyle, że nie sposób opisać – są i heavy metalowe galopady, miażdżące, thrash’owe zwolnienia a nade wszystko znakomite, świetnie współpracujące partie gitarowe. Tu objawia się geniusz zespołu, bo z pozornie klasycznych melodii i zagrywek potrafi wyciągnąć coś własnego, niepowtarzalnego. Ciekawe, że z płyty bije straszliwy smutek, tak jak chociażby w rozpoczynającym się balladowo „Darkness Within”. W wielu miejscach napotkać można fragmenty porywające – np. taki „Be Still and Know” to koncertowy pewnik, który porwie do szalonego moszu nawet betonową posadzkę.

Wielki szacun dla zespołu za ponowne zinterpretowanie klasycznych i na wskroś wyeksploatowanych wątków, które w rękach muzyków Machine Head nabierają nowego blasku i nawet jeśli ktoś tradycyjnego metalu nie lubi, na „Unto the Locust” odkryje naprawdę dobre kompozycje. Inną zaletą płyty jest to, że w przeciwieństwie do niektórych poprzednich dzieł nie nudzi i jest idealnie wyważona. W zasadzie nie znalazłem tu słabszych i niepotrzebnie przeciągniętych fragmentów. Jedynym denerwującym elementem płyty jest autentycznie beznadziejna, śmieszna okładka…

Cóż, ponownie zakończę wyświechtanym szlagwortem – prochu nie wymyślili, ale doskonale wiedzą, jak go używać, by kruszyć skały. A raczej betony…

Arek Lerch 4,5