MACHETAZO – Live at CBGB – New York City (Selfmadegod)

Nie ukrywam, że byłbym bardzo szczęśliwy mając na swoim koncie materiał koncertowy nagrany w legendarnym klubie CBGB i ozdobiony okładką autorstwa Chrisa Reiferta. Ba, byłbym bardzo zadowolony z tego, co znalazło się na opisywanej tutaj płycie, nawet gdyby nagrane to było w publicznej toalecie i zawinięte w półmetrowy odcinek używanego papieru toaletowego. Nie dość bowiem, że Machetazo nagrywa naprawdę zacną muzę, to jeszcze potrafi ją odtworzyć w warunkach koncertowych na takim poziomie, że na pewno niejednemu z widzów opadła szczęka i nie był to jedynie efekt wrodzonego niedowładu dolnych partii twarzy.

Chłopaki z Machetazo nie należą na pewno do technicznych wymiataczy, którzy w ciągu 45 sekund potrafią wystukać na werblu całego „Ulissesa” spisanego alfabetem Morse’a i opatrzyć to adekwatnymi gitarowymi łamańcami. Ich grind/death wyrasta niczym chwast z twórczości Repulsion, Carcass, Massacre, Mantas/Death, Defecation, Abscess i podobnych im dziadów-klasyków, o których wzmianka wywoła u jednych ziewanie, a u drugich nerwowe szarpanie szpitalną kołdrą i kroplówką, pod którą zapewne spędzają ostatnie dni swojego pieskiego żywota. Jeśli należycie do tych ostatnich, to:

a) doskonale znacie Machetazo i cieszycie się, że wydana pierwotnie na limitowanym winylu „Live at CBGB – New York City” doczekała się właśnie wznowienia na CD nakładem niezawodnej Selfmadegod.

b) nie znacie Machetazo, bo jakimś cudem ominęły was ich dotychczasowe dokonania, albo was nie ominęły, ale nie poświęciliście im wystarczającej ilości czasu, bo ostatnie lata spędziliście na drobiazgowej analizie dyskografii Nunslaughter. Wróżbita Michał przepowiada, że Machetazo poznacie i polubicie.

A teraz konkrety: płyta została nagrana na deskach klubu CBGB w 2006 roku i zawiera przekrojowy materiał z pierwszych trzech albumów zespołu, ep – ki „Horror Grind” i splitu z Corrupted. Oprócz zaprezentowania własnej twórczości Machetazo zagrali kowery Motörhead i Venom, więc wiadomo, że w głowach mają poukładane. Jak na rejestrację koncertu brzmi to nad wyraz dobrze, ale pomyli się ten, kto zamarzył w tym momencie o produkcji w stylu „Live and Dangerous” czy „Decade of Aggression”. Panie i panowie, to jest grind, tu się morduje. Jest surowo, konkretnie i do przodu, ale też nie ma tutaj mowy o żadnej amatorszczyźnie. Zresztą chyba każdy, kto słyszał wydaną w tym roku, znakomitą „Ruin” wie, że z Machetazo nie ma żartów. A jeśli nawet są, to i tak wiadomo jakiego rodzaju są to żarty i kto w tym towarzystwie śmieje się ostatni.

Michał Spryszak

Cztery i pół