LVTN – Gelu

Nie sądzę, że LVTN po wydaniu „GELU”, zamiast na skłotach, zaczął grywać na scenach dużych europejskich festiwali. Wątpię też, żeby drugi album w karierze Rzymian znalazł się w zestawieniach najlepszych tegorocznych krążków według najważniejszych pism i portali. Mimo to – a może właśnie dlatego – chciałbym, żeby dzięki tej recenzji chociaż parę osób więcej usłyszało o tej włoskiej grupie. Nie znać LVTN to może i jeszcze nie ignorancja, ale z pewnością już przeoczenie, którego można żałować.

W tym roku ukazało się już kilka fajnych, crustowych albumów. Nieźle przyłożyli Szwedzi z Wolfbrigade, dzielnie wtórują im ich krajanie z Myteri, w tyle nie zostaje chociażby poznański Deszcz. O ile jednak ci pierwsi to klasyczny, d-beatowy wpierdol, a pozostałe dwie ekipy są wyraźnie ukierunkowane w stronę neocrustowych melodii, tak LVTN zdecydowanie i odważnie kroczy swoją ścieżką. Dodam, że ścieżką, która nie należy do najłatwiejszych, ale może właśnie dlatego ze wszystkich wspomnianych zespołów to Włosi nagrali najciekawsze wydawnictwo. „GELU” to najcięższa kategoria wagowa, album sprawnie lawirujący na granicy crusta i sludge’u, właściwie po równi czerpiący i z jednego i z drugiego. Znajdzie się też nieco black metalowej siarki, przez co momentami LVTN dryfuje w stronę Young And In The Way albo również włoskiego The Secret. Przede wszystkim jednak, „GELU” to materiał skrajnie mroczny, bardzo trudny i wymagający emocjonalnie, a także niezbyt łatwy do przebrnięcia – oczywiście w tym sensie, że są prostsze zadania niż wytrzymanie ponad półgodzinnego wpierdolu. Jeśli jednak macie w sobie jakieś dziwne skłonności do czerpania masochistycznej przyjemności z nieustannego bicia, to jesteście w domu – „GELU” będzie dla Was jednym z najlepszych, tegorocznych albumów. Tak, jak jest dla mnie.LVTN band

Podejrzewam, że żeby w raczej słonecznej Italii, niekoniecznie kojarzącej się ze szczególną depresyjną aurą, nagrywać tego typu płyty, trzeba nieźle dostać w dupę od życia. Druga płyta LVTN to nie tylko skrajna agresja i wściekłość, ale także – a może przede wszystkim – ultra depresyjna muzyka. Taka, która nie tylko nie łagodzi obyczajów, ale wręcz je wyostrza; taka, która przypomni i rozdrapie wszystkie zabliźnione rany. Z pewnością też taka, która nikogo nie pozostawi obojętnym – trudno jest przecież przejść beznamiętnie obok takiego krążka, tak intensywnego, dusznego, czarnego, lepiącego się od brudu, sypiącego żwir w twarz z każdym dźwiękiem, naznaczonego beznadziejną depresją.

Oczywiście daję dodatkowy plus za okładkę. Tyleż oklepaną, co wybijającą się ponad przeciętność. W pewnym sensie można powiedzieć, że podobnie jest z muzyką zespołu – z tą różnicą, że powiedzieć o „GELU”, że wybija się ponad przeciętność, to jest niewybaczalne niedopowiedzenie.

Michał Fryga

Pięć