LUXTORPEDA vs LUX OCCULTA – czyli Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek

Tak różne, jak tylko można sobie wyobrazić. Co je łączy? Może to, że gdzieś tam, w korzeniach wywodzą się ze sceny metalowej? Choć dzisiaj ów metal znajduje się raczej na bardzo poślednim miejscu w muzycznym CV tych kapel. Odległe od siebie, kroczące różnymi drogami, choć co najważniejsze, budzące emocje, czasem bardzo skrajne. Przed państwem nowe płyty dwóch składów, znanych i lubianych albo i nie. Dwie muzyczne opowieści w wersji LUX.

Być może z tym odległym śladem metalu w przypadku Luxtorpedy przesadziłem, bo muzyka zespołu o mocny a nawet bardzo mocny riff się opiera, jednak przaśność czy rubaszność metalowego entourage’u w zasadzie ich nie dotyczy. Zresztą, podobnie jest w przypadku Lux Occulta, który, kojarzony wcześniej z black metalem, w dniu dzisiejszym nie ma z rzeczoną stylistyką i przesterowaną, piłującą gitarą nic wspólnego. Pozostała jedynie nazwa i osoba Jarka Szubrychta. Rozpocznijmy jednak od opcji bardziej oczywistej, czyli Luxtorpedy.Luxtorpeda band

Po pierwsze – zespół ten kojarzony będzie z osobą Litzy, który po latach muzykowania zdecydowanie lżejszego, nabrał znowu ochoty na dopieprzenie z buciora. Dzieci odchowane, można zatem przyłożyć. I tak przykłada już trzecią płytą „A morał z tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe to jednak buraki”, po raz kolejny umieszczając w radiowym eterze przebojowy kawałek, co samo w sobie jest już ewenementem. Jeśli dołożyć do tego teksty, które banalne nie są, drażnią a niektórych wręcz wkurzają, dostajemy rzecz znowu ciekawą i niebanalną. Pomijam w tym przypadku samą muzykę, bo tworzą ją profesjonaliści, którzy gniota nie wypuszczają. Owszem, cały czas zastanawiam się, czy bardziej podoba mi się genialny album Robaki, czy jednak nowa płyta, która jOkładkaest prostsza formalnie, bardziej przyjazna za sprawą dobrze ułożonej muzyki. Choć z drugiej strony w tekście zdecydowanie jest to dla mnie najmocniejszy i najbardziej poważny album zespołu. I tu pojawia się cecha wspólna z wydawać by się mogło, diametralnie odmiennym i odrodzonym składem Lux Occulta. Otóż ekipa Litzy tworzy dźwięki, które nie mają nic wspólnego z kalkulacją, nie oglądając się i nie słuchając nikogo. Ba, nadal płyty wydawane są przez sam zespół, a w zasadzie wytwórnię prowadzoną przez Roberta. Nadal nic sobie nie robią z przytyków i podśmiewajek różnych domorosłych znawców tematu. To zresztą dobry przykład, jak odmiennymi drogami chodzą gusta słuchaczy i krytyków. Ci ostatni, widząc, jak Luxtorpeda radzi sobie w naszej, dość dusznej przecież rzeczywistości, też raczej nie są skłonni do krytykanctwa, choć już w prywatnych rozmowach prawią co innego, ale to temat na osobną rozprawkę… Co zatem z „Burakami…”, że tak skrótowo potraktuję długaśny tytuł? Jest ta płyta zdecydowanie łagodniejsza, prostsza w odbiorze. Wydaje mi się, że skład zespołu jest fenomenalnie skondensowany, każdy zna swoje miejsce, wie, gdzie udawać się nie należy. Zatarte zostały granice między litzowym krzykiem a hansowymi rapowankami, wszystko jest klarowne i dopracowane. Jak zwykle podziw budzi Krzyżyk, który na swoim malutkim zestawie garków wyczynia rzeczy przedziwne, pokazując, że można zagrać prosto a jednocześnie niezwykle barwnie i efektywnie. Mniej tu odniesień do stoner rocka, więcej spokojnych, przestrzennych fragmentów. Przesunięta z października 2013 na kwiecień 2014 premiera była słuszna, bo nie ma tu ani jednej niepotrzebnej nuty, wszystko zgadza się niemal idealnie. Może właśnie zbyt idealnie? Bo czasami mam wrażenie, że płyta – w stosunku do poprzedniczki – wykazuje jednak pewne cechy zbyt długiego głaskania tu i ówdzie. Choć z drugiej strony, trudno winić zespół, że na trzeciej już odsłonie chce mieć wszystko pod absolutną kontrolą. Szacunek za szczytową formę muzyczno – wykonawczą, choć wydaje mi się, że następnym razem – jeśli ów nastąpi – będą musieli zaproponować coś zupełnie nowego. Brzmienie, jak zwykle bez masteringu, tłuste i czytelne. Wkładeczka w gustownym pudełku, obfita w słowo i zdjęcie. Po raz pierwszy na froncie sam zespół. I znowu dodatkowy dysk z wersjami karaoke, czego – po raz kolejny – do końca nie rozumiem. Ale doceniam fakt, że chcą dać słuchaczowi wszystko, co tylko możliwe. Luxtorpeda to w 2014 roku poważna marka, mocno odstająca od muzycznego środowiska, w pełni niezależna. To w zasadzie tyle, nie będę analizował każdego kawałka i pastwił się nad tekstami, bo to całość, którą należy kupować i słuchać a nie rozumieć.

Podobnie jak „Kołysanki”. To w zasadzie sztandarowe hasło, jakie w wywiadzie pozwolił osobie przekazać mr. Szubrycht powinno wystarczyć za całą recenzję. Nie analizować, słuchać, ale sercem, nie rozumem. To także przykład płyty, która została stworzona z czystej, wydestylowanej POTRZEBY, bez jakichkolwiek założeń, oczekiwań i wyobrażeń. Obcujemy w tym przypadku z formą artystyczną, z wolnością, która pozwala – niczym rodzic stosujący bezstresowe wychowanie – na wszystko. Czyli nie kop pana, bo się spocisz, ucieleśnione w kawałku plastiku z niepokojącą okładką. Wystarczy posłuchać otwierającego album kawałka „Dymy” czy kolejnego „Samuel wraca do domu”, by poczuć się jak idiota wgapiony w damę z fretką czy innym potworem. Wiadomo – wielka sztuka jest to, ale dlaczego? Myślę, że część oponentów, nie mając gotowej odpowiedzi na owe „dlaczego”, nazywa „Kołysanki” gównem. Czyli zanim zrozumiemy, dajemy po ryju. Ok., sam przyznaję – moja fascynacja wynika z mało racjonalnego przekonania, że obcuję z dziełem wizjonerskim. Połączenie nie do końca modnej elektroniki, trip – hopowych bitów, szansonistek francuskich z folklorem łemkowskim i szubrychtowymi, wymruczanymi poezyjami brzmi niedorzecznie. W dodatku zamiast gitar mamy kontrabas, akordeon i trąbkę. Bałbym się nazywać to dzieło awangardową poezją śpiewaną, ale fakt, bliżej tym kompozycjom do takiego formatu niż do tradycyjnie pojmowanego rocka, że o metalu nie wspomnę. Choć czasami i tu robi się ciężko a aura gęstnieje. Udajemy się na kolanach do kapliczki w polu, nieopodal zagajnika. Czujemy ziemię i zapach świeżo skoszonej trawy. Przed dłuższy moment miałem wrażenie, że muzykanty strasznie musieli podczas tworzenia tej płyty tęsknić za rodzinną Duklą, za poranną rosą i wschodami słońca. Cholera, wpadam w jakiś dziwaczny nastrój podczas konsumpcji tych kołysanek…Lux Occulta press photo 2-2

Traktować zatem „Kołysanki” jako normalną płytę nagraną przez normalny zespół, czy raczej jak macewy znoszone na pole ku niezadowoleniu okolicznych sąsiadów, co chcą zapomnieć o różnych rzeczach? Obawiam się, że normalny ten materiał nie jest, co potwierdzają dość rozbieżne i czasem histeryczne wręcz o nim opinie. Muzycy pozbierali wszystko, co powoli odchodzi w zapomnienie – folklor, zapadającą się w otchłań kulturę kresów wschodnich, sporo sampli i poezję, upchnęli to na krążku, dając słuchaczom niepokojącą wiązankę. Nie nazwę Lux Okładka„Kołysanek” muzyką rozrywkową, bo w zasadzie tradycyjnie rozumianej zabawy tu nie ma. Bo też i tworzący ją artyści nie należą do pokolenia, które, zanim powiedziało „mama”, sprawdziło, ile ma lajków na FB. Już wiem, jakie wywołuje we mnie uczucia ten krążek. Staję się zrzędliwy a nostalgię przykrywam złośliwością. Czy o taki efekt chodziło? Ok – ktoś, dla kogo „The Mother and the Enemy” było dziełem zdecydowanie zbyt awangardowym, lepiej niech nie próbuje zgłębiać „Kołysanek”.

Która zatem płyta wygrywa ten pojedynek, pomijając fakt, że obydwa przypadki zaliczają się do kategorii lux? Nie wiem, czy chcę na to pytanie odpowiadać, bo w zależności od nastroju, wybór byłby różny. Niewątpliwie „Buraki…” są dziełem dużo gładszym i łatwiejszym do przełknięcia, o czym zresztą świadczy chociażby radiowa popularność „Mambałaga” z tekstem zdecydowanie nie – imprezowym. Zresztą, pod względem życiowej przydatności, tzw. praktyki, stawiam wyżej dzieło Litzy i kolegów, jednak, kiedy wieczorem wlokę się do domu z męczącej próby, gapiąc się na brudne miasto, wyciągam „Kołysanki”, bo dają mi z kolei nadzieję na powrót do miejsc, za którymi tęsknię. Nawet jeśli się do tego nie przyznaję…

Arek Lerch

Bez oceny, bo i po co…