LUXTORPEDA – Robaki (Stage Diving Club /Metal Mind Productions)

Luxy to wyśnione dziecko nawróconego na RIFF Litzy i choć od agresywnych dźwięków nigdy nie stronił, to dopiero nowy zespół stał się po latach furtką do zdrowego, grupowego łojenia na najwyższych obrotach. Zdrowego także za sprawą bardzo fajnych tekstów, które u jednych wywołają konsternację, innym staną ością w gardle a dla części będą poważnym, choć raczej gorzkim rozliczeniem ze współczesnym światem. W takt wielobarwnej, rockowo – metalowej muzyki zaaranżowanej, jak przystało na zawodowców – zawodowo. Dokładnie rok po debiucie zespół atakuje płytą lepszą, dojrzalszą i bardziej przemyślaną. Po prostu – znakomitą, choć krajowy biznes na pewno będzie na nią warczał…

Będzie szczerzył kły dlatego, że nie lubi płyt, które w jakimś sensie zmuszają do myślenia. Ten nasz biznes lubi płyty,  przy których dobrze wchodzi wódka i ogórki a na imprezach podpita młodzież nuci głupie refreny. Pół biedy gdy mowa o niszowym metalu, bo ten poza podziemne kluby nie wyjdzie, jeśli jednak mówimy o zespole, którego piosenki („Autystyczny” z pierwszej płyty i „Hymn” z najnowszej…) nieźle sobie radzą w eterze, bossowie zaczynają zadawać pytania – dlaczego Luxtorpeda nie podpisała z nami kontraktu? Dlaczego są niezależni? Po co im takie teksty co w głowach mieszają? A czy aby to nie za bardzo katolickie jest? Pewnie i więcej pytań się pojawia. Także i wśród słuchaczy jest wyraźny podział na tych, co katoli słuchać nie będą i tych, co dali się porwać rewolucyjnym w sumie pieśniom Luxtorpedy.

Jaki jest nowy album w porównaniu do bezimiennego debiutu? Bardziej dopracowany, bogatszy w detale i smaczki, które pojawiają się za sprawą jeszcze lepszego zgrania a także świadomości celu, jaki ma być osiągnięty. Duet tekściarski Litza i Hans okrzepł, czego dowodem jest to, że w odróżnieniu od „jedynki”,   we wkładce nie ma podziału na autorów poszczególnych słów. Wszystko zlało się w jeden, konkretny przekaz, który pięknie uświadamia nam, że żyjemy w czasach raczej mało przyjaznych. Jest i o wszechobecnym fanatyzmie, o zalewającym nas bełkocie („Mowa Trawa”), jest o problemach z własnymi emocjami a także o czymś coraz rzadszym, czyli o dojrzałej miłości. Jest głęboki ukłon przed determinacją niepełnosprawnych sportowców („Hymn”) i  zdecydowany sprzeciw wobec wszechobecnego strachu przed przyszłością („Tu i teraz”). Płyta opowiada o sprawach prostych w gruncie rzeczy, ale ważnych dla każdego. W przeciwieństwie do artystów tuszujących własną głupotę sławetnym „każdy musi sam interpretować tekst”, Luxy nie owijając w bawełnę punktują ułomności naszej egzystencji, ale dają też nadzieję, pokazują punkt zwrotny, który każdy może „zaliczyć”. Kaznodziejstwo? Ok., niech będzie kaznodziejstwo. Wolę to niż gówniane teksty o niczym, usilnie nazywane poezją. Jeśli ktoś ma problem z chrześcijańskimi konotacjami Luxtorpedy to… jego problem i tyle. Zawsze może sobie poczytać teksty Marduk i poczuć się mrocznie jak cholera…

Ok., jak widać znowu się zagalopowałem, a przecież najważniejsza jest tu muzyka. Wielobarwna, niejednoznaczna, zagrana bardzo luźno, ale zawsze mająca za przewodnika znakomity, genialnie prowadzony riff. Na  „Robakach” Litza z kolegami zapuszcza się w skrajne rejony, sięgając z jednej strony po czysto death metalowy riff („Mowa Trawa”), z drugiej strony bawiąc się konwencją podniosłej ballady w „Hymnie”. Pomiędzy jest mnóstwo rockowego zgiełku, pięknie punktującej perkusji Krzyżyka, świetnych chórków, solówek i całkiem rozbudowanych aranżacji. „Robaki” to zaskakujący, w kontekście tempa pracy, zestaw doskonale przemyślanych utworów, wśród których próżno szukać tzw. ”masa tabulettae”. Podoba mi sie zwłaszcza to, że muzyka idealnie współgra z tekstami, podążając za nimi, dodając rumieńców. Pomijając wszystkie te poważne klimaty, Luxtorpeda jawi mi się na „Robakach” jako trupa rock’n’rollowych łobuzów, którzy grając, świetnie się bawią. I najbardziej zaskakująca konkluzja – mimo mocniejszego zestawu i bardziej ekstremalnej jazdy, płyta okazuje się być chwytliwsza od „jedynki”. Myślę, że za „Hymnem” pójdą już niedługo kolejne utwory, które będą świetnie sobie radzić w radiu. Stawiam na „Mowę Trawę”…

Krajowy grajdół biznesowy znienawidzi „Robaki”, bo to płyta, która może niejednemu otworzyć oczy i wskazać drogę. Tak czuję i choć zazwyczaj daleki jestem od twierdzenia, że muzyka może zmieniać ludzi,   Luxom prawie udało się mnie do takiej tezy przekonać. Litza dojrzał w sposób budzący głęboki szacunek i jedyne, co mogę mu zarzucić, to w pewnym sensie niezrozumiałe dla mnie przywiązanie do instrumentalnych wersji kawałków, które tym razem znalazły się na bonusowym dysku, razem z kilkoma rarytasami, min. nagraniami koncertowymi z Przystanku Woodstock. Jak chcecie sobie pośpiewać, to będzie okazja. Robaki uciekły z pudełka i rozlazły na wszystkie strony…

 

Arek Lerch