LUXTORPEDA – Luxtorpeda (Stage Diving Club)

Gdzieś w eterze pokutuje pewien stereotyp, który w zwartej formie można podsumować zdaniem „Muzycy po trzydziestce nie powinni grać rock’n’rolla”. Debiutancka płyta nowej formacji Roberta „Litzy” Friedricha rozprawia się z powyższą teorią niczym, przepraszam za porównanie, Adamek z Gołotą…

Luxtorpeda to dla Litzy zapewne powrót do szczerego, rockowego łojenia i takich relacji w zespole. Utwierdza mnie w tym koncert grupy, w którym niedawno uczestniczyłem. Chłopaki sami ustawiają sprzęt, pilnują merczu, ustalają z bramką listę gości. Typowy, podziemny band, który dopiero przebija się ze swoją muzyką. No i tu może przesadziłem, bo postać Litzy ale i pozostali muzycy to persony mocno otrzaskane w muzycznym biznesie. Jak sami twierdzą, są grupą przyjaciół, która zaczęła ze sobą niezobowiązująco jamować i z takiej zabawy narodził się pełnokrwisty zespół. Zespół, który popisał się znakomitą, przykuwającą, rockową płytą.

Miałem pewne obawy co do tego debiutu, dlatego dobrze, że najpierw usłyszałem zespół na żywo, a dopiero potem muzykę z plastikowej płytki. Cieszę się, bo okazało się, że płyty słucha się równie dobrze jak koncertu, co regułą nie jest i można było mieć obawy, że po kontakcie z żywym zespołem nagrania wypadną gorzej. Nic z tego. Nagrana w studiu Deo Recordings  w Wiśle, płyta brzmi niesamowicie analogowo, naturalnie i świeżo, wpuszczając do domowego zacisza troszkę koncertowego, jakże pożądanego brudu. Dziesięć kompozycji to kwintesencja rockowej młócki w wielu, różnych odcieniach. Wprawdzie Litza w wywiadzie nie chciał przyznać się do bezpośrednich fascynacji stonerem i zespołami Kyuss czy Queens Of The Stone Age, ja jednak, jak uparty osiołek, obstaję przy takiej genezie poszczególnych utworów. Bo jeśli nie będziecie mieli podobnych skojarzeń, słuchając gitarowej roboty w „Od Zera”, „Trafiony Zatopiony” czy „7 Razy”, to zaczynam się obawiać o stan Waszego słuchu…

W muzyce Luxtorpedy  słychać fascynacje starym rock’n’rollem, ale także punk rockiem („W Ciemności” to wypisz wymaluj Armia!) czy nawet klimatami zbliżonymi do Rage Against The Machine w „Jestem Głupcem”. Żeby było ciekawie, niemal taneczny „Autystyczny” gdzieś tam styka się z manierą Jesus Chrysler Suicide. Całość jest jednak bardzo spójna, świetnie zagrana (ukłon w stronę maestrii perkusisty Krzyżyka…) i odważnie zaśpiewana. Dlaczego odważnie? Z dwóch powodów. Po pierwsze kwestia tematyki – jeśli ktoś obawiał się kaznodziejstwa, śpieszę donieść, że takowego tu nie ma. Są za to poruszające, autentyczne i głębokie, choć czasem gorzkie przemyślenia odnośnie naszej często duchowej (a jednak…) kondycji. Lizty i kolegom udało się stworzyć kilka metafor, które długo będą za wami chodzić. Po drugie  – ze względu na udział Hansa, którego rapowanych wstawek troszkę się bałem. Na szczęście, mimo, że zwolennikiem rytmicznej gadki nie jestem, partie wspomnianego pana idealnie wpasowały się w warstwę muzyczną i (szczególnie w „Jestem Głupcem”…) świetnie współgrają z wokalem Litzy. Można by jeszcze długo rozkładać płytę na czynniki pierwsze, zamiast tego wystarczy z przekonaniem stwierdzić, że debiut Luxtorpedy to doskonała, wpadająca w ucho a jednak bardzo hałaśliwa dawka rockowego, mocnego grania. Plastyczność tych dźwięków, doskonałe kompozycje pozwalają delektować się poszczególnymi utworami, ale są też konkretnym ciosem w twarz a przede wszystkim wdzięcznym materiałem koncertowym. Dawno nie słyszałem tak solidnej, gitarowej młócki.

Na koniec z obowiązku warto poinformować, że na płycie zamieszczono też instrumentalne wersje wszystkich utworów. Czy to dobry pomysł? Może tak, może nie… W każdym razie, jak ktoś chce sobie pośpiewać, będzie miał ku temu okazję…

Arek Lerch

Pięć i pół