LOVE SEX MACHINE – Love Sex Machine (Throatruiner Records)

Jeśli macie wesołe usposobienie, wrażliwą żonę i neurotyczne zwierzęta, nie kupujcie tej płyty. Jeśli waszymi sąsiadami są małżeństwa z małymi dziećmi, staruszkowie na emeryturze (po 67 roku życia, oczywiście), przedstawiciele najlepiej uposażonej profesji (nauczyciele, oczywiście…) bądź dziennikarze najbardziej skurwionego dziennika w Polsce – nie kupujcie tej płyty. Jeśli chcecie poznać granice możliwości wynaturzonego, gitarowego dołowania – możecie, na własną odpowiedzialność, spróbować zmierzyć się z dziełem francuskich zboczeńców.

Był kiedyś taki film, „Powrót do przyszłości” się zwał, gdzie w jednej ze scen przeniesiony w przeszłość Michael J. Fox straszy kolesia, puszczając mu  z walkmana rock’n’rolla. Jeśli chcielibyśmy dzisiaj wystraszyć niezorientowanego w temacie obywatela, można mu puścić „LSM”. Gwarantuję, że nie zdzierży. Płyta  zespołu z Lille zawiera dawkę hałasu tak niezjadliwą, że aż fascynującą. Był kiedyś taki germański band, The Cock and the Ball Torture, który za punkt honoru postawił sobie granie najwolniejszego grind core’a na świecie. Love Sex Machine chcą to samo zrobić ze sludge metalem.

W zasadzie nie wiadomo, czy na debiutanckiej płycie mamy do czynienia z ociężałym noise, wynaturzonym, zmetalizowanym hardcore czy upośledzonym kuzynem Down. Nie ma tu krzty melodii, nie ma żadnego, przystępnego riffu czy zaśpiewu. W zasadzie każdy muzyk stara się tu jak tylko może przegiąć przysłowiową pałę do maksimum. Brzmienie charczy, pluje i gniecie, perkusja gdzieś w tle łomocze w żółwich tempach, pole oddając gitarowej mega – masturbacji. Nawet nie wiem, o czym śpiewa wokalista, bo trudno wyłowić z tego ryku jakieś słowa, niech wystarczą zatem tytuły w rodzaju „Vagina Curse” czy „Killed with a Monster Cock”. Jeśli ktoś myśli, że się przestraszyłem, jest w błędzie. Zahartowany ze mnie gość, jeżdżę polskimi drogami, słucham polityków i czytam prorządowe szmatławce. Nic mnie nie ruszy i nie przestraszy, tym bardziej jakaś francuska kamanda.

Czy z tych 30 minut coś zostaje we łbie dłużej? Skupię się na absurdalnym wręcz „Fucking Battle”, gdzie pobrzmiewają dalekie, zniekształcone echa Bastard, nieco żywszym „Plenty of Feelings” czy kurewsko mrocznym, wpadającym w smolistą otchłań „Vagina Curse”. Nie jest to płyta, w której można się rozsmakować, polubić i polecać znajomym. To raczej próba wysondowania, jak daleko można się posunąć w eksploatacji złóż hałasu. Nawet jeśli Francuzi nie przesunęli tej granicy (znam kilku mocniejszych zawodników…) to i tak mogą cieszyć się płytą, która wywołuje obrzydzenie.

Przyznam się Wam do perwersji – od czasu do czasu wracam do „Love Sex Machine”, żeby się pokatować gitarową masakrą. Skoro ktoś może taplać się w błocie na festiwalach, ja mogę uwalić sobie narządy słuchu…

 

Arek Lerch 3,5/6