LOREIN – Złamania (Mystic)

Słuchając nowej, trzeciej już płyty Lorein, wyobrażałem sobie fana tego zespołu i w moim łbie biły się ze sobą dwie wizje – ciepły, lekko pobłażliwy obrazek młodzieńca w modnych ciuchach, koniecznie w okularach, z kawą w łapie i z fantazyjnie zarzuconym na szyję szalikiem. Trochę smutnego oczywiście, melancholijnie podrygującego w takt kawałków z płyty. W wersji złośliwej szalik zastępujemy plecakiem, kawę piwem i wstawiamy tego pana gdzieś w juwenaliowy tłum. Ok., niech was to nie zwiedzie. Płyta „Złamania” nie jest zła.

Powyższe słowa mogą być uznane za próbę złośliwego zdyskredytowania artysty, ale raczej nie mam takiego zamiaru. Choć pewne przymrużenie oka jest, jak w każdym przypadku, kiedy zespół „się kojarzy”. A słuchając „Złamań” cały czas widzę Myslovitz gdzieś w okolicach „Rozmyślań przy śniadaniu”. Rzecz jasna, to wcale nie jest jakiś straszny przytyk, bo dawna ekipa Rojka stworzyła w pewnym sensie szablon, z którego lepiej lub gorzej korzysta wielu wykonawców. Lorein robi to w sposób solidny a artystyczne efekty nie budzą jakiegoś specjalnego oporu – zamiast szukać, kombinować i udawać, że  tworzy wielką SZTUKĘ, zwyczajnie gra wpadające w ucho piosenki, z dużą zawartością melancholii.Band

Co cieszy najbardziej? Fakt, że wykorzystując znane w sumie klocki, melodykę i aranżacyjne zwroty, Lorein nie popada na tej płycie w przynudzanie czy śmieszność. W moim odczuciu dlatego, że jest świadomy celu, a tym jest dobra zabawa. Proste kompozycje zawsze oparte są na silnym, rytmicznym fundamencie, przez co muzyka staje się lekkostrawna, dobrze działając tak w słuchawkach jak i na koncertach. Być może całość jest ciut za bardzo wypolerowana (ot, chociażby zbyt sterylne bębny), może nie wszystkie numery mają taką samą siłę rażenia, może za bardzo jest wszystko  „zapięte na ostatni guzik”, ale bilans w sumie wychodzi na plus. No i kolejny aspekt – teksty, co z oczywistych względów musi być w jakiś sposób skomentowane. Tu też czuć powinowactwo z tym tzw. wizerunkiem smutnego bohatera, któremu wiatr wieje w oczy, ale za sprawą sprawnego warsztatu nie ma jakichś strasznych dziur w literackiej jezdni. Przekleństwem pozostanie zapewne kontekst krajowej alternatywy, która w ostatnich latach wydała na świat dzieła genialne albo w najgorszym wypadku bardzo dobre i w tym kontekście „Złamania” nie mają raczej co startować w wyścigu, mam jednak poczucie, że w tym tłumie Lorein nie chce się raczej znaleźć.

„Złamania” to po prostu solidna, indie rockowa płyta, konsekwentnie zbudowana i ładnie opakowana. Nawet jeśli nie jest loreinową „Miłością w czasach popkultury”, krok w stronę większych sal koncertowych jest zrobiony.

Arek Lerch

Zdjęcie: Dominika Mrówczyńska

Trzy i pół