LONDON GRAMMAR – Truth Is A Beautiful Thing (Metal&Dust/Universal)

Słuchając nowej płyty London Grammar zadumałem się przez chwilę nad faktem, jak wiele młodzi muzycy zawdzięczają trip – hopowej rewolucji, która jakiś czas temu porwała tłumy i równie szybko zgasła. Dzisiaj pełno dwu – trzyosobowych składów, które wykorzystują podobną ideę, choć kierują się zdecydowanie bardziej w stronę muzyki pop. Jeśli jednak uznać, że „Truth Is A Beautiful Thing” to właśnie czysty pop, życzę sobie jak najwięcej takich krążków. Już o poprzednim dziele tego trio – „If You Wait” – pisaliśmy w dobrych słowach, ale tym razem wspięli się na wyżyny, gdzie oczywiście ciągnie ich za uszy nieziemski wokal Hannah Ride. I to jest największa wartość tej płyty. Jeśli dodać do niej wyważone i smakowite podkłady, mamy dzieło niemal doskonałe. Wprawdzie kolega Grzesiek utyskuje trochę nad jego długością, ale… może mieć swoje zdanie. Zapraszam do rozmowy na temat najmniej metalowej płyty tego tygodnia.

A: Drogi Grzegorzu, czy nie strzelamy sobie w stopy, rozpoczynając nawijkę na temat nowej płyty London Grammar? Przecież tu nie ma nawet grama gitary! Zgroza, panie…

G: No nie ma, ale lubimy lekko romantyczną atmosferę, dobry, w tym wypadku, damski głos, a poza tym, najbardziej jarasz się płytami spoza gitarowego poletka. Czemu narzekasz z rana?

A: Nie narzekam, ale jest w tym pewien rodzaj perwersji, że rozmawiamy na łamach bądź co bądź magazynu piszącego w 90% o rzeczach mocnych a na pewno gitarowych, o projekcie, którego głównym, jeśli nie jedynym atutem jest pani Hannah Reid. Nie narzekam, raczej zdjęła mnie refleksja nad uciekającym i zmieniającym się czasem. I zmieniającymi się gustami…

G: Ale one się nie zmieniają, tylko poszerzają. Ja miałem tą przyjemność widzieć London Grammar na koncercie w Polsce, w zasadzie, był to jedyny powód dla którego wybrałem się wtedy na Tauron Nowa Muzyka. Niesamowite show. Mało tego, uwielbiam Florence czy Jessie Ware,  a inspiracji tą dwójką w London Grammar aż nadto.LG

A: Przyznam szczerze, że przez długi czas bardzo podejrzliwie spoglądałem na takie „niekompletne” składy. Wokalistka i jakiś pan z klawiszem… Co to jest?! Okazuje się jednak, że technika czyni cuda, bo dzięki nowoczesnym maszynom podkłady mogą być coraz lepsze a jeśli już pojawi się coś oszczędnego, to raczej jest działaniem celowym. Tak jest właśnie z płytą „Truth Is A Beautiful Thing”. Powiem więcej, dawno nie było tak trafnego tytułu, bo nawiązuje on moim zdaniem do samej muzyki. Obdartej z aranżacyjnego blichtru, sprowadzonej do niezbędnego minimum, które w zajebisty sposób podkreśla największy atut tego zespołu, czyli partie wokalne. Ba, nie uważasz, że ten album sprawdziłby się nawet wtedy, gdyby był zaśpiewany a capella?

G: Tak, ale barwa rudej wokalistki byłaby na dłuższą metę mecząca, bo to strasznie smutne dźwięki są. Ja tego słucham sam na chandrę, a tak to pomost między wpierdolem jakim raczę się na co dzień, a fascynacjami lżejszym graniem, które podłapuję od swojej dziewczyny. Na pewno jest, i nie mam oporów przed takim szufladkowaniem, w London Grammar coś magicznego. Przed debiutem w sieci widziałem kilka lajwów i byłem oczarowany. Platonicznie się zakochałem, ale czułem w tym pewną surowość i nieokrzesanie. Dziś London Grammar to ekstraklasa popu.

A: Ekstraklasa popu, brzmi ładnie (śmiech). Zaś co do wokalistki. Dla mnie jej głos jest – przyznam to dobitnie – idealny. Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do wielu świetnych, śpiewających pań, skupia się na klimacie a nie technice. Bardzo często – nie wiem czy wynika to z chęci udowodnienia czegoś tam – wokalistki z nawet ładnym głosem straszliwie go forsują, śpiewają w sposób na dłuższą metę męczący. Nie wspominam tu już nawet o tzw. divach współczesnego metalu symfonicznego, bo takich głosów nie trawię. Natomiast Hannah przyjemnie skręca w stronę soulu, ma miękki tembr, nie męczy zbyt wysokimi częstotliwościami. Po prostu działa kojąco. I sama w sobie jest bohaterką tej płyty, a kiedy wchodzą dodatkowo instrumentacje w stylu „dobrego U2” w „Big Picture” to jest już niebo. Jestem zdrajcą, prawda?

G: Nie jesteś. Lubisz dobrą muzykę (śmiech). London Grammar ma kojąco-zmiękczający charakter, co uważam za jak najbardziej ok. Doskonały band i płyta (choć NIECO za długa) na relaks i kilka chwil kontemplacji. Brytyjczycy nie wymagają od słuchacza super skupienia i analizowania własnej twórczości, zabierają w dość senną podróż po pełnym nostalgii świecie i ja w to wchodzę, choć nie będę kłamał, są na tej płycie mielizny pokroju rozwleczonego „What a Day” czy odrobinę za mocnego (czemu taki sampel na beczkach!) „Non Believer”.

A: Płytę można w zasadzie potraktować dwojako – z jednej strony, faktycznie, jako taki soundtrack do sennego popołudnia, niespesznie przewalający się przez głośniki, ale też można analizować i wychwytywać autentycznie ciekawe smaczki brzmieniowe no i delektować głosem Hannah. Swoją drogą, młoda dziewczyna posiada niezwykły talent i już jestem ciekawy gdzie ją to zaprowadzi. Mówisz o rozwleczonych momentach. Być może są tu spokojniejsze mielizny, jednak na razie łykam krążek w całości i doskonale się przy nim bawię. Być może dlatego, że mamy do czynienia z talentem i delektuję się po prostu możliwościami tych ludzi a nie piosenkami jako takimi. Pewnie za jakiś czas chętnie wyrzucę z tej płyty jakieś kawałki, na razie jednak nie mam jednoznacznego kandydata. A zmieniając temat – jak myślisz, czy nasi krajowi potentaci, xxanaxx czy Lilly Hates Roses powinni uważnie wsłuchać się w tę płytę, czy nie ma takiej potrzeby?

G: Nie tylko oni bo projektów przybyło, są Cuda, jest debiutująca, ale działająca mocno w duchu DIY skjjegg, są również debiutanci (i ponownie z Cieszyna) młodzianie z Seals, generalnie w duecie nie dość, że raźniej, to produktywniej, a do tego mamy czasy, kiedy taka forma (i formuła) dobrze się sprzedaje. Prędzej XXANAXX pójdzie w stronę London Grammar niż reszta, ale mam to gdzieś. Wszystko co tutaj wymieniliśmy to fajne, nośne i luźne projekty, w których chodzi, co sam ładnie ująłeś, o zabawę.

A: W tym momencie należy zastanowić się nad samą ideą takiego grania, czy też konfiguracji. Bo kiedy słucham płyty, jestem zadowolony, ale kiedy zaczynam o tym myśleć, to cały czas gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że to jednak takie wykalkulowane zespoły, trochę dla wygody. Jeden samochód, dwa samplery i jedziemy. Może złośliwe, ale prawdziwe…London Grammar

G: Może złośliwe, ale dopóki czujesz frajdę, to wszystko jest ok. Ja nie mam z tym problemu, ale z czasem stałem się mniej hurraoptymistyczny. Nowe twarze żonglują podobnymi patentami, dlatego warto dawkować takie nagrania. Do London Grammar na razie wracam dość często, choć lato to nie pora na takie dźwięki. Zobaczymy co przyniesie jesień?

A: Ja nie mam problemu z porami roku. Takie granie wchodzi dobrze i latem i jesienią. Choć może faktycznie jesienią lepiej? Jak myślisz, w jaką stronę będzie takie muzykowanie zmierzać?

G: Albo jak u The XX w stronę tańca i oswajania się z zupełnie inną sceną, albo dojdzie do impasu i do dłuższej przerwy w karierze. Nie można się ciągle smucić.

A: W sumie nie wiem, skąd te smucenie cały czas ci się objawia. Ja w ogóle nie czuję, że ta muzyka ma w sobie coś smutnego. Już lepiej pasuje słowo „melancholia”.

G: To ja się będę smucił, a ty rozczulał, pasuje? (śmiech).

A: Tak, dokładnie tak. Może uznają mnie za miękkiego, ale ta płyta bardzo mi przypadła do gustu. Nie jest oryginalna, nie jest odkrywcza, niczego nie zmieni w układzie sił, ale sprawia radość, a to chyba najważniejsze w tej bajce…

Delektowali się Grzegorz Pindor i Arek Lerch

Zdjęcia: materiały zespołu