LOMA PRIETA – I.V. (Deathwish Inc.)

Od dłuższego czasu nie słyszałem żadnego dobrego screamo, wynika to raczej z mojej niechęci do gatunku oraz czystego lenistwa. Na całe szczęście, są na świecie znajomi dziennikarze, portale, wytwórnie i Internetowi spamerzy, którzy co chwilę zmuszają mnie do głośno wyrażanego „Mea culpa” !

Obwieszczanego, bom zbłądził, szukał nie tego, co trzeba w djencie a i czasem zaglądał niepotrzebnie do melodyjnego, death metalowego worka, byle tylko znaleźć coś porywającego. A tu proszę, jak na złość, nie dość, że Loma Prieta gra screamo, to jeszcze są w jednym z moich ulubionych labeli (Deathwish) no i co najciekawsze, są ze słonecznego San Francisco i kontynuują to, co zaczęło min Orchid.

Co zatem znajdujemy na „I.V”? Ścianę dźwięku, sporo technicznych popisów (szalona sekcja rytmiczna niczym w Ampere), całkiem zgrabnie wplatane melodie (i brak harmonii) no i wkurw idący w parze ze smutkiem. Klasycznie? A jakże, bo przecież nie o breakdowny czy o shredding tutaj chodzi, a o siłę przekazu i atak momentami porównywalny do Converge. Jedynie co może męczyć, to brak selektywności i fragmentarycznie zbytnio niekontrolowany chaos w środku albumu, który zupełnie niepotrzebnie męczy uszy.

Mimo to, kontakt z „I.V” sprawia przyjemność i jest to jedna z najcięższych rzeczy jakie słyszałem w tym roku. Brutalny, bezkompromisowy album, mający swoje przebojowe momenty i masę smaczków, które odkrywa się z każdym kolejnym odsłuchem. To nie tortury a po prostu hardcore.

 

Grzegorz „Chain” Pindor