LOCRIAN – Infinite Dissolution (Relapse)

Nie wiem czy to dobrze, że zaczyna mi się podobać takie rozmiękczone, hipsterskie granie. Najpierw nowe Liturgy, a teraz Locrian. Chyba w ramach pokuty zrecenzuję dziesięć płyt z Nuclear War Now!, albo pójdę na jakiś mecz, żeby się trochę dochamić. Może piję za dużo czerwonego wina, może za często słucham The Smiths. W każdym razie tak chyba być nie powinno i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić.

Bo Locrian jest miękki nawet kiedy wchodzi w rejony industrialno-noise’owe. Nie zmienią tego nawet krzyczane wokale, będące notabene najsłabszym ogniwem tej muzyki. Jak dla mnie zyskałaby ona tylko, gdyby pozostawić ją w wersji instrumentalnej. Może niech to będzie delikatny śpiew, jak w utworze „An Index of Air”, albo recytacja (czuję się bardzo nieswojo pisząc takie rzeczy), ale ten quasi-blackmetalowy wrzask zwyczajnie mi tu przeszkadza. Jest to jednak chyba jedyna rzecz, o której bym się w przypadku „Infinite Dissolution” przyczepił.

Nie jest to może płyta, której mógłbym słuchać w skupieniu „od deski do deski”, ale jako muzyka tła sprawdza się doskonale. Szczególnie w zestawieniu z szarą, deszczową pogodą, jaką uraczył nas tegoroczny lipiec. „Uraczył”, co to w ogóle za słowo!? Chyba chcąc nie chcąc zmieniam się w hipstero-pedała, tak na mnie działają te dźwięki. Nie lękajcie się jednak. Locrian celuje bardziej w delikatność spod znaku Cocteau Twins i My Bloody Valentine, niż Bronski Beat. To oczywiście dość dalekie punkty odniesienia, ale jakiś tam ogólny obraz dać mogą. Czy będzie to klimatyczny metal, subtelna elektronika, czy noise’owe plamy, celem nadrzędnym jest tutaj budowanie atmosfery. Trochę melancholijnej, trochę rozmarzonej, trochę nie chce mi to wszystko przejść przez gardło… Ale słucha się przyjemnie. Gdyby film „Droga” pozbawić fabuły i ograniczyć do obrazów post-apokaliptycznego krajobrazu o świcie, to mogłaby to być piękna (ech…) ścieżka dźwiękowa.jimmyhubbard_4

Strasznie podoba mi się też brzmienie perkusji. Niby detal, ale jak bardzo to irytuje na wielu innych płytach. Tutaj bębny to poezja (tfu, znowu wpadłem w tę pułapkę). Po prostu brzmią świetnie, naturalnie, kiedy trzeba potężnie. I w zasadzie każdy (no niech będzie kolejne złe słowo…) aspekt brzmienia tej płyty mi odpowiada. Co oczywiście nie miałoby znaczenia, gdyby muzyka była do dupy (no, wreszcie!), ale na szczęście nie jest. To naprawdę dobra rzecz, nie tylko dla brodaczy w rurkach, romantyków i miłośników jesiennych szeptów. Ale fanom Sarcofago i Abhorer nie polecam.

Michał Spryszak

Cztery i pół