LOCK UP – Necropolis Transparent (Nuclear Blast)

Jakieś trzynaście lat temu kilku znanych skądinąd dżentelmenów skrzyknęło się, by pograć razem trochę hałasu i poudawać Terrorizer. Wszyscy mieli już spore doświadczenie, jeden nawet współtworzył „World Downfall”, zabawa wyszła im więc na tyle udanie, że Nuclear Blast zwęszył dojny „dream team” i prędko wydał im płytę. Nie wiem jak w wymiarze globalnym, ale w lokalnej mikroskali widać było, że „Pleasures Pave Sewers” nie trafił w swój czas. Cóż po głośnych nazwiskach i krzykliwej promocji, kiedy serca metalowej gawiedzi podbijały wtedy płyty Nile, Cephalic Carnage czy Hate Eternal, a Lock Up kwitowany był przeważnie wzruszeniem ramion lub narzekaniem, że to takie proste i uwstecznione.  Wydawało się, że nagrana trzy lata później, lepsza od debiutu „Hate Breeds Suffering” zwiastuje tłustsze czasy dla zespołu, dobrą passę przerwała niestety choroba, a wreszcie przedwczesna śmierć Jesse’go Pintado, i nic nie wskazywało na to, że Lock Up jeszcze cokolwiek nagra. Sam fakt powstania „Necropolis Transparent” jest więc całkiem zaskakujący nawet jak na czasy, w których powraca każdy kto żyw i nie żyw.

Tyle biograficznego biadolenia, czas wrzucić na ruszt nowy album Lock Up, który pozostawił we mnie niedosyt jak zupa chińska na obiad. Problem z „Necropolis Transparent” leży – aż niezręcznie o tym pisać – w tym, że w składzie zabrakło Pintado. Anton Reisenegger to naturalnie fachura jak się patrzy, i zgrabnie wskoczył w koncertowe buty po swoim znakomitym poprzedniku. Nie ma on jednak porównywalnego talentu do pisania krótkich, ale zabójczo chwytliwych utworów i riffów, których nie trzeba zagłuszać perkusyjnymi blastami. Ciężar spoczywa dziś na wyrzeźbionych barach Pierczary Embury’ego, a wszyscy dobrze wiemy na co go stać i że takie płyty mógłby odfajkowywać raz na miesiąc. Album cierpi na deficyt naprawę powalających kawałków, w rodzaju „Triple Six Suck Angels”, „Violent Reprisal” czy „Jesus Virus”, i dopiero pod koniec nabiera rumieńców. Znakomicie wypadają, wrzucony nie wiadomo czemu jako bonus, „Stigmatyr” i instrumentalny „Tartarus” – reminiscencja industrialnych odlotów z ostatnich płyt Napalm Death. Świetną robotę wykonał drący się wniebogłosy Tompa Lindberg, a jednostajny łomot barkerowych bębnów pasuje tu jak ulał. Całość nie robi jednak piorunującego wrażenia, ani w porównaniu do poprzednich dokonań Lock Up, ani na tle ostatnich płyt tuzów z tej samej szufladki.LU band

„Necropolis Transparent” nie jest płytą złą, ale na pewno lokuje się poniżej oczekiwań, jakie stawia się takim składom. Chętnie polubiłbym ją bardziej, może za rok wrócę do niej i odkryję w tej zwartej masie coś, czego dziś nie dostrzegłem. Póki co słyszę na tym albumie dźwięki dobrze znane, znakomicie odegrane, ale poukładane w nie dość ekscytującą całość. Zamiast mocnego zastrzyku adrenaliny na miarę swojego koncertowego oblicza, Lock Up funduje poprawny materiał z przebłyskami wielkości. Tym razem odnoszę wrażenie, że napadł na nas zbój Łamignat, który zapomniał zabrać z chaty swojego bacika.

Bartosz Cieślak

Trzy i pół